Jakub Socha

Rumuński klejnot

Gorączka złota
/fwm/article/Rumu%C5%84ski+klejnot-135002
Filmweb sp. z o.o.
https://www.filmweb.pl/fwm/article/Rumu%C5%84ski+klejnot-135002

Rumuński klejnot

GORĄCZKA ZŁOTAPodziel się

Jakub Socha przygląda się rumuńskiemu filmowi "Nie obchodzi mnie, czy przejdziemy do historii jako barbarzyńcy".

W najnowszej odsłonie swojego cyklu felietonów Jakub Socha przygląda się rumuńskiemu filmowi "Nie obchodzi mnie, czy przejdziemy do historii jako barbarzyńcy". Jak pisze – "ciekawszego obrazu historycznego w tym roku raczej nie zobaczycie".
***

W momencie, gdy ekrany szturmują kolejne bohaterskie filmy, odtwarzające historię kraju nad Wisłą jako czas bohaterów, którzy urządzają udane zasadzki w lasach i na peronach, skaczą na koniach przez okopy, kładą się i wstają z Polską na ustach, sławiąc ją czynem i słowem jako krainę honoru, prawdziwych i nieprzemijających wartości, emanację męskości, miejsce zamieszkiwane wyłącznie przez tych, którzy nie kłaniają się zarówno kulom, jak i nieprzyjaciołom, w kinach studyjnych wyświetlany jest mały film, zrealizowany za grosze. Film nie jest krótki i łatwy, padają w nim cytaty z Arendt i Wittgensteina, jakby tego było mało, posiada on strasznie długi tytuł: "Nie obchodzi mnie, czy przejdziemy do historii jako barbarzyńcy", ale ciekawszego obrazu historycznego w tym roku raczej nie zobaczycie. Zrealizował go Radu Jude, jedna z gwiazd nowej fali kina rumuńskiego.

Całość zaczyna się od ustawki przed kamerą, patentu rodem z Brechta; w tejże ustawce młoda aktorka przedstawia się z imienia i nazwiska, mówi, w kogo się wciela, a potem życzy ekipie udanego filmu. Pada pierwszy klaps, wchodzimy w świat fikcji: Mariana Marin, młoda rumuńska reżyserka, grana przez Ioanę Iacob, rusza przed siebie korytarzami bukaresztańskiego Narodowego Muzeum Wojskowości. W gablotach stoją wyprostowane na baczność manekiny ubrane w stroje wojskowe z różnych epok, w innej sali zgromadzono broń białą, w jeszcze innej – broń długą. Przed budynkiem na trawce jest ekspozycja czołgów, pojazdów opancerzonych i haubic. Marin ciągle gdzieś biega, nie może usiedzieć na miejscu, między pomieszczeniami porusza się na hulajnodze, spieszy się, bo premiera jej widowiska teatralnego zbliża się wielkimi krokami, a jeszcze nic nie jest gotowe. Przygotowania idą jak po grudzie, członkowie ekipy buntują się, bo reżyserka postanowiła zająć się masakrą ludności żydowskiej w Odessie w 1941 roku, za którą odpowiedzialne były rumuńskie oddziały dowodzone przez marszałka Iona Antonescu. Marin jednak nie poddaje się tak łatwo; gdy trzeba, rusza z pięściami na starego brzuchacza, który już prędzej uwierzy w spisek żydowski niż złe intencje Antonescu. Zresztą nie on jeden uważa Antonescu za bohatera narodowego. Marin w swoim uporze dążenia do celu przypomina trochę Agnieszkę z "Człowieka z marmuru" Wajdy – jest w niej ta sama energia i bezkompromisowość.

Film ciągnie się, nie ma w nim nic spektakularnego – nic, do czego przyzwyczaiło nas kino wojenne. Jude podważa zresztą sens jego pogoni za autentycznością, w gorącej kłótni z wynajętym specem od rekonstrukcji historycznych reżyserka tłumaczy mu, że skoro tak bardzo zależy mu na realizmie, to może powinien strzelić do siebie z broni, wtedy będzie naprawdę prawdziwą ofiarą. W tle jest oczywiście kwestia reprezentacji; Jude mówi o niej sporo w wywiadach, powołując się na Waltera Benjamina, co nie jest znowu aż tak bardzo częste w wywiadach filmowców; nie o znajomość Benjamina jednak tu chodzi, tylko raczej o pokorę. O to, czy rzeczywiście rolą filmowca powinno być tworzenie wiernej symulacji mordu na tysiącach ludzi. I czemu w zasadzie miałoby to służyć. Edukacji społeczeństwa? Lepszemu zrozumieniu historii? Lepszemu wczuciu się w masakrę? Stawianie tych pytań przez reżysera to niejako podanie w wątpliwość swojej roli, co u artystów uprawiających sztukę zaangażowaną politycznie nie jest znowu aż tak częste. Widowisko, o które zresztą tak walczy Marin, nie przynosi bardzo obfitych plonów. Inaczej może: plony przynosi, ale chyba nie do końca takie, jak sobie zakładała. Gdy publiczność zaczyna klaskać na cześć morderców i pomagać im w łapaniu próbujących się wyrwać z potrzasku Żydów, nie tylko jej robi się sucho w gardle.

Czy rzeczywiście rolą filmowca powinno być tworzenie wiernej symulacji mordu na tysiącach ludzi? I czemu w zasadzie miałoby to służyć?
Jakub Socha
Jeszcze gdyby to wymagało niewielkiego nakładu pracy, tylko kilku kłótni z aktorami, dwóch, trzech prób. Niestety. Marin nie ma czasu, żeby odsapnąć, ciągle jest w procesie twórczym, gdy wraca do domu, wertuje książki, przegląda archiwa. A w międzyczasie prowadzi niekończące się dyskusje z decydentem z ratusza. To ciekawa postać. Znów przypomina kogoś dobrze znanego – cwanego redaktora z telewizji w przyciemnianych okularach z "Człowieka z marmuru". Na miejsce prób przychodzi jak doża – asystentka trzyma parasol nad jego głową, żeby tylko pan urzędnik się nie zmoczył. To prawdziwy złotousty, nie ma w sobie nic z troglodyty. Zapewni o wsparciu dla sztuki, o tym, że brzydzi się cenzurą i szanuje wolność artystyczną, ale zaraz potem zapyta: czy naprawdę nie ma ciekawszych tematów? Odwoła się do natury człowieka, która jest zła nie od dziś. Przywoła kilka innych ludobójstw i rzuci: dlaczego nie o nich? Zasugeruje, że współczesność jest prawdziwym polem eksploatacji, że o przeszłości nic nie wiemy. Pofilozofuje o terapii i przemocy, opowie się po stronie taoizmu, wreszcie wyciągnie spod pazuchy Rorty'ego i zada ostateczny cios: dobrze, ale czym tak naprawdę jest prawda? Cały ten kankan wokół artystki wynika po prostu z faktu, że wzięła się za niewygodne zdarzenie. Za zdarzenie mało bohaterskie, które przecież nie powinno mieć pierwszeństwa przed zdarzeniami będącymi dowodem heroizmu rodaków. Urzędnik, gdy widzi, że trafił na trudną zawodniczkę, prosi, żeby chociaż zrezygnowała z najbardziej drastycznych scen: zaganianie do na miejsce zbrodni – tak; egzekucja – nie. Gdy i tu napotyka sprzeciw, mówi: stop!, i cofa finansowanie. Marin by się pewnie w tym momencie zagotowała, gdyby nie sprytny kolega, który mówi jej: zgódź się, co ci szkodzi, przecież i tak w trakcie premiery zrobimy to, co będziemy chcieli. Tu sztuka robiona na żywo ma przewagę nad filmem – trudniej ją zatrzymać. Ale najważniejsze jest jedno w tym całym ambarasie – problem z odgórnym finansowaniem sztuki przez państwo. I tak źle, i tak niedobrze. Bez wsparcia państwa czy miasta jej istnienie jest w zasadzie niemożliwe, ze wsparciem – problematyczne i trudne.

Radu udaje się jakoś funkcjonować poza tym paradygmatem. Sam powołuje się na Godarda, który mówił, że jeśli masz tylko dolara na film, to zrób film za dolara. W wywiadach opowiada o inspiracji twórczością dwojga francuskich reżyserów, Danièle Huillet i Jean-Marie Strauba, którzy zasłynęli swoimi niskobudżetowymi projektami, realizowanymi w Niemczech i Włoszech, z dala od mainstreamu. Choć twórczość Rumuna nie sytuuje się na marginesach europejskiego kina artystycznego, jest w niej rzadko spotykana dezynwoltura. Autor "Nie obchodzi mnie, czy przejdziemy do historii jako barbarzyńcy" kiedyś jeszcze przejmował się, że nie wypracował łatwo rozpoznawalnego stylu, teraz chyba zdaje sobie sprawę, że wymyślanie się na nowo jest jego największą siłą. Nie tak dawno zrealizował "Aferim!", czarno-biały eastern, którego akcja rozgrywa się na Wołoszczyźnie w pierwszej połowie XIX wieku. Całość opowiada o polowaniu na Cygana, który uciekł z pieniędzmi bojara. Jude, podpierając się gatunkiem, odkrywa fundamenty rumuńskiego społeczeństwa, które tworzą pańszczyźniana przemoc, różne formy podległości (Rumunów wobec Turków, Żydów wobec Rumunów) i ksenofobii. Chwilę później nakręcił "Zabliźnione serca", swobodną adaptację prozy Maxa Blechera – film celowo winietowany, dialogujący z "Czarodziejską górą" Mana. Z perspektywy tego statycznego, wymuskanego filmu, rozpadającego się na epizody poprzedzielane planszami z cytatami z Blechera, trudno sobie wyobrazić, że Jude zaczynał od małego realistycznego obrazka o chłopcu, który idzie z ojcem przez błoto z wielkim pakunkiem na plecach, w którym znajduje się zepsuty telewizor z kineskopem, wielkości szafy. A zasłynął dwoma smutnymi komediami: "Najszczęśliwszą dziewczyną na świecie" i "Wszystkimi w naszej rodzinie". Ten pierwszy to historia córki jadącej z rodzicami do stolicy, żeby odebrać samochód, który wygrała w konkursie – ze świadomością, że rodzice zaraz jej ten samochód zabiorą. Drugi opowiada o życiowo przegranym protetyku, który próbuje pojechać ze swoją córkę na wczasy, ale zamiast tego bierze zakładników pod postacią byłej teściowej, byłej żony i jej obecnego partnera. Radu mistrzowsko inscenizuje tu wymiany zdań między bohaterami, coś jakby wir, który zasysa ich coraz bardziej pod powierzchnię. "Wszystko szybko mija, a życie to rozczarowanie", mówi ktoś nagle. Ktoś inny dodaje: "Żyjemy, jak możemy, nie tak jak chcemy". W tych  dwóch złorzeczeniach jest cały Jude, choć chyba nie wypada sprowadzać jego kina do fatalizmu. Rozpina się ono między fatalizmem a słowami, które w zakończeniu "Wszyscy w naszej rodzinie" rzuca wyłaniający się niespodziewanie niepozorny ochroniarz z apteki. Częstując głównego bohatera papierosem, mówi mu: "Łazarzu, ja ci mówię – wstań". 
11