Jakub Socha

Rachunek zysków i strat

Gorączka złota
/fwm/article/Rachunek+zysk%C3%B3w+i+strat-139852
Filmweb Sp. z o. o. Sp. k.
https://www.filmweb.pl/fwm/article/Sitcom-139405
PERŁY LAMUSA

Sitcom

Podziel się

W najnowszej odsłonie cyklu "Perły Lamusa" Piotr Czerkawski wraca do debiutanckiego filmu François Ozona – "Sitcomu". Sprawdźcie, co po latach jest w nim tak aktualnego.

W najnowszej odsłonie cyklu "Perły Lamusa" Piotr Czerkawski wraca do debiutanckiego filmu François Ozona – "Sitcomu". "Z perspektywy dwudziestoletniego dystansu niepozorny "Sitcom" ogląda się  jak najlepszy komentarz do ideologicznych napięć, które trwają w najlepsze na polskich ulicach i fejsbukowych wallach" – pisze. Sprawdźcie, co po latach jest w "Sitcomie" tak aktualnego. 

***


Wyobraźcie sobie odcinek "Klanu", w którym wigilia na Sadybie zamienia się w gargantuiczne swingers party. Za mocne? Mam złą wiadomość – podobny koncept ujrzał już światło dzienne. W swym debiutanckim "Sitcomie" François Ozon opowiedział historię upadku moralnego mieszczańskiej rodziny, utrzymując całość w zwodniczo niewinnej stylistyce popołudniowego serialu. Ktoś powie, że to zwykły sztubacki wygłup, ktoś inny nazwie go błędem młodości. Jest jednak jeszcze trzecia, znacznie ciekawsza możliwość. Z perspektywy dwudziestoletniego dystansu niepozorny "Sitcom" ogląda się  jak najlepszy komentarz do ideologicznych napięć, które trwają w najlepsze na polskich ulicach i fejsbukowych wallach.

Idę o zakład, że Ozon potrafiłby wczuć się w położenie lewicowych aktywistów i aktywistek, którzy wysłuchują protekcjonalnych połajanek ze strony liberalnych elit, oburzonych językiem i stylem ich protestów. Francuz przeżył na własnej skórze coś podobnego, gdy oddał "Sitcom" pod osąd międzynarodowej krytyki. Żurnaliści, najczęściej starsi od trzydziestoletniego Ozona przynajmniej o pokolenie, może i znali na pamięć antyburżuazyjne kino kontestacji, ale nie byli przygotowani na to, że ktoś będzie w stanie posunąć się o krok dalej niż dawni mistrzowie. A przecież transgresje z filmów Bunuela czy Ferreriego mają się do najostrzejszych scen z "Sitcomu" mniej więcej tak, jak rysunki Andrzeja Mleczki do "krawędziowych" memów znalezionych na skraju internetu.

Zróbmy imprezę, jakiej nie przeżył nikt 

Plan Ozona wydaje się genialny w swojej prostocie: wziąć na warsztat typowe mieszczańskie lęki i wyolbrzymić je w sposób przekraczający granice absurdu oraz dobrego smaku. W "Sitcomie" obserwujemy zatem przemianę nieśmiałego kujona w seksualnego maniaka, który za zamkniętymi drzwiami swego pokoju zaczyna organizować bezprzykładne bachanalia. Niedaleko w tyle za pomysłowym bratem pozostaje jego chmurna siostrzyczka. Dziewczyna najpierw usiłuje popełnić możliwie efektowne samobójstwo, a wobec niepowodzenia tych zamiarów postanawia skierować swe mroczne żądze w inną stronę i zaczyna spełniać się jako sadomasochistyczna domina. Jakby tego było mało, do osobliwych zabaw nastolatków ochoczo przyłączają się także przyjaciele domu – wyuzdana hiszpańska pokojówka i jej pochodzący z Kamerunu mąż. Wszystko to nie brzmi może jak fabuła skeczu Kabaretu Starszych Panów, ale Ozonowi nie idzie tu o wyrafinowanie. Wręcz odwrotnie, im bardziej dosadny i wulgarny jest humor "Sitcomu", tym bardziej upokarza on pretensjonalnych snobów, przeciw którym zostaje wymierzony. Ta sama prowokacyjna prostota towarzyszy reżyserowi przy konstruowaniu symbolicznej warstwy filmu. Nie przez przypadek wszystkie "kłopoty" bohaterów zaczynają się, gdy w jednej z pierwszych scen pan domu przynosi do domu szczura. Wystarczy przekartkować pierwszy lepszy słownik symboli bądź zajrzeć na bloga dowolnego ezoJanusza, by upewnić się, że postać szczura od dawna stanowi figurę tego, co wyparte, wstydliwe, nieakceptowane społecznie.

Choć lęki przed homoseksualnością, emigrantami i wszystkimi tymi, którzy zagrażają "tradycyjnym wartościom rodzinnym", wydają się żywcem wyjęte z repertuaru konserwatywnej prawicy, grono oburzonych "Sitcomem" było znacznie szersze. Swoje trzy grosze do ataków na Ozona dorzucili niezawodni lewicowi puryści, którzy oskarżyli reżysera o powielanie stereotypów o wyuzdanych gejach i równie chutliwych czarnoskórych. Ozon, rzecz jasna, użył owych klisz wyłącznie po to, by je wykpić, ale niespecjalnie chciał się z tego tłumaczyć. Od samego początku studiów w prestiżowej szkole filmowej La Femis wiedział, że nie ma lepszej reklamy niż skandal. Już w pierwszym studenckim filmie, jaki nakręcił, krótkometrażowym "Portrecie rodzinnym", zdecydował się... Zabić własnych rodziców. W udzielanych nawet wiele lat później wywiadach, z szelmowskim uśmiechem tłumaczył, że popełnił tę zbrodnię na ekranie po to, by nie musieć dokonywać jej w rzeczywistości.

W kierującym się osobliwą logiką świecie "Sitcomu" ojcowska hipokryzja, a nie rozpasanie krewnych, okazuje się największą zbrodnią.
Piotr Czerkawski
Państwo Ozonowie łatwo zaakceptowali dziwactwa syna, ale instytucja rodziny na długie lata pozostała w jego kinie symbolem wszystkiego, co najgorsze. Co ciekawe, w "Sitcomie" reżyser dużo łagodniej obchodzi się z postacią matki, która początkowo stoi na straży ustalonego porządku, ale ostatecznie powiększa grono hedonistycznych aniołków. Prawdziwym czarnym charakterem okazuje się za to ojciec rodziny. To przecież on, nie pytając nikogo o zdanie i kierując się wyłącznie własnym kaprysem, przynosi do domu nieszczęsnego szczura. Sprowadzenie zwierzęcia to właściwie jedyna aktywność, jaka na długi czas staje się udziałem rodowego patriarchy.  

W późniejszych scenach ojciec usuwa się w cień, zamyka w sypialni i – choć jest wyraźnie obrzydzony zachowaniem krewnych – woli udawać, że kłopoty nie istnieją. Jedyną próbę rozwiązania "szczurzego problemu" podejmuje ostatecznie po kryjomu i pod nieobecność innych domowników. Zachowanie to nie pozostaje zresztą bez echa. W kierującym się osobliwą logiką świecie "Sitcomu" właśnie ojcowska hipokryzja, a nie rozpasanie krewnych, okazuje się największą zbrodnią, której musi towarzyszyć odpowiednio widowiskowa kara.

W tajnej służbie awangardy

Reżyserska niechęć do figury Ojca znacząco wykracza w "Sitcomie" poza warstwę czysto fabularną. Debiutancki film Ozona stanowi także pierwszy z wielu w karierze reżysera przykładów jego wadzenia się z dziedzictwem francuskiej nowej fali. Twórca "5 x 2" jest z jednej strony dłużnikiem tej tradycji, w czasie studiów w La Femis należał do ulubionych uczniów ikony nouvelle vague – Erica Rohmera. W swych dojrzałych filmach podejmował natomiast podobne tematy, sięgał po te same sztuczki formalne i obsadzał kojarzących się z nową falą aktorów. Jednocześnie, pozorne Ozonowskie hołdy zawsze zawierały w sobie złośliwe drugie dno. Nie inaczej dzieje się także w "Sitcomie", w którym do epizodycznej roli psychoterapeuty reżyser zaangażował Jeana Doucheta. Zmarły w 2019 roku nestor francuskiej krytyki filmowej przeszedł do historii jako przyjaciel nowofalowców, od samego początku wspierający ich wysiłki i świadkujący pierwszym sukcesom. Z drugiej jednak strony, Douchet, zdeklarowany gej, po latach głośno atakował część dawnych przyjaciół za ukryty konserwatyzm obyczajowy i dużo bardziej jawną homofobię. Zaangażowanie Doucheta do "Sitcomu" wybrzmiewa w tym kontekście jak wyraźna deklaracja wskazująca, że kojarząca się z filmami nowej fali rewolucja obyczajowa okazała się ufundowana na kłamstwie, a w najlepszym razie była niepełna i przerwana w pół drogi. Kimś, kto miałby po latach dokończyć dzieła, w tej sytuacji byłby naturalnie sam Ozon.

Ozon w snobistycznym światku europejskiego art house'u pozostaje agentem awangardy i wykorzystuje swą pozycję, by przemycać do głównego nurtu treści, których nie sposób byłoby umieścić tam inną drogą.
Piotr Czerkawski
Czy misja ta zakończyła się powodzeniem? Chyba nie. Twórca "Sitcomu" ostatecznie spokorniał, trafił do ekstraklasy europejskiego kina, a dziś zgarnia nagrodę za nagrodą i całkiem przekonująco uśmiecha się w świetle reflektorów. W pewnym sensie nie mogło jednak być inaczej. Trudno mieć Ozonowi za złe, że nie chciał podzielić losu jednego ze swych mistrzów – Johna Watersa, którego aura wiecznego buntownika spowszedniała w końcu zarówno widzom, jak i producentom. Strategia Francuza okazała się ciekawsza. Nie chodzi nawet o to, że w filmografii reżysera od czasu do czasu wciąż przydarzają się bezwstydnie kampowe wybryki w rodzaju "Ricky'ego" czy "Podwójnego kochanka". Ważniejsza wydaje się świadomość, że Ozon w snobistycznym światku europejskiego art house'u pozostaje agentem awangardy i wykorzystuje swą pozycję, by przemycać do głównego nurtu treści, których nie sposób byłoby umieścić tam inną drogą. Nie dziwi fakt, że właśnie Ozon wyreżyserował niedawno "Dzięki Bogu", a więc pierwszy francuski film, który na taką skalę podjął temat bezkarności księży-pedofilów.

Na współczesnej sławie reżysera po latach korzysta także "Sitcom". Dziś nie sposób zaszufladkować tego filmu jako szczeniackiej prowokacji, lecz należy dostrzec w nim początek jednej z najbardziej intrygujących karier we współczesnym kinie europejskim. Krytycy, którzy w momencie premiery odsądzali Ozona od czci i wiary i kwestionowali zasadność jego prowokacji, mają za swoje. Idę o zakład, że do teraz każdej nocy w zaśnięciu przeszkadza im złowieszczy, puszczony jakby z taśmy chichot reżysera.
4