Piotr Czerkawski

Chungking Express

Perły lamusa
/fwm/article/Chungking+Express-134109
Filmweb sp. z o.o.
https://www.filmweb.pl/fwm/article/Tampopo-134015

Tampopo

REACTION SHOTPodziel się

Przed Juzo Itamim nikt nie wpadł na to, by zbudować wokół ramenu cały film.

W najnowszej odsłonie swojego cyklu felietonów Michał Oleszczyk przygląda się japońskiemu filmowi "Tampopo". 

***

Ramen jest słony, tłusty i gorący – a jego dobrze przygotowana miska to idealne comfort food, dające chwilowe poczucie uniesienia znane jako umami. Przed Juzo Itamim nikt nie wpadł jednak na to, by zbudować wokół tej potrawy cały film. 


Istnieje wiele filmów, w których jedzenie nie tylko gra rolę główną, ale zostaje wręcz uświęcone. Składniki i gotowe potrawy – pięknie oświetlone, rzucone na duży ekran i sfilmowane w zmysłowych zbliżeniach – stają się w nich  przedmiotem religijno-zmysłowej kontemplacji. O ile jednak "Uczta Babette" (1987) czy "Jedz i pij, mężczyzno i kobieto" (1994) mogły przyczynić się do wzrostu kultury food porn w sposób ogólny, o tyle "Tampopo" (1985) Juzo Itamiego faktycznie wykreowało międzynarodową modę na konkretną potrawę. Trudno sobie wyobrazić, by widz wychodzący po seansie "Babette" marzył zachłannie o cailles au sarcophages; tymczasem po "Tampopo" burczy nam w brzuchach i domagamy się jednego tylko dania.

Tym daniem jest oczywiście ramen: pochodzący z Chin rosół z makaronem, aromatycznym sosem i zmiennymi w zależności od regionu (i temperamentu kucharza) dodatkami, który zawitał do Japonii tuż po jej otwarciu się na świat pod koniec XIX wieku, jako pożywny posiłek klasy robotniczej – a wyewoluował w japońskie danie narodowe i celebrowany rytuał jednocześnie, oplatając makaronowymi nitkami cały glob (a nawet stając się elementem nacjonalistycznej retoryki).

Ramen jest słony, tłusty i gorący – a jego dobrze przygotowana miska to idealne comfort food, dające chwilowe poczucie uniesienia znane jako umami. Przed Juzo Itamim nikt nie wpadł jednak na to, by zbudować wokół tej potrawy cały film (choć w "Jedynym synu" [1936], "Smaku ryżu z zieloną herbatą" [1952] i w "Jesiennym popołudniu" [1962] Yasujiro Ozu ramen powracał regularnie, głównie jako symbol zapracowanej klasy urzędniczej, a także znak kapitalistycznej modernizacji Japonii po drugiej wojnie światowej, kiedy to płynąca z USA tania pszenica skłoniła Japończyków do intensywniejszej konsumpcji makaronów).

Sam Itami określił swój najbardziej znany film jako "ramenowy western".
Michał Oleszczyk
Urodzony w 1933 roku, pochodzący z artystycznej rodziny Itami wpierw parał się pisaniem, tłumaczeniami literackimi, a także aktorstwem (również w filmach zachodnich, takich jak "55 dni w Pekinie" [1966]), a reżysersko zadebiutował późno, bo w roku 1984 – w wieku 51 lat – komedią obyczajową pt. "Pogrzeb" (1984), stanowiącą satyrę na wyalienowanie nowoczesnych Japończyków wobec pradawnych rytuałów pochówku. Film zawierał między innymi scenę, w której rodzina ogląda instruktażową kasetę VHS objaśniającą zasady uczestnictwa w pogrzebie – i okazał się hitem (a także szczegółowo ukazywał serwowanie awokado z węgorzem podczas pożegnalnych ceremonii). "Tampopo" to jego drugi pełny metraż – i zarazem największy sukces w karierze.

Sam reżyser określił swój najbardziej znany film jako "ramenowy western". Fabuła jest bezczelną kalką z "Jeźdźca znikąd" (1952): oto samotny kierowca ciężarówki z kowbojskim kapeluszem na głowie, Goro (Tsutomu Yamazaki), z młodym pomagierem o amerykańskim imieniu Gun (Ken Watanabe) u boku, zatrzymują się pewnej burzliwej nocy w samotnej knajpce (saloonie?), prowadzonej przez wdowę imieniem Tampopo (Nobuko Miyamoto; prywatnie żona Itamiego). Nie dość, że serwowany w lokalu ramen jest kiepski, to Tampopo musi zmagać się z bandą lokalnych zbirów, terroryzujących jej syna. Goro przychodzi z pomocą, a następnie zostaje trenerem Tampopo w dziedzinie przyrządzania ramenu, podczas gdy sam film wchodzi w tryb swobodnej gry gatunkowych nawiązań, raz stając się japońską glossą do "Rockyego" (1976), z Tampopo lejącą siódme poty pod okiem wymagającego mistrza, a kiedy indziej –  społeczną baśnią spod znaku Franka Capry (Tampopo i Goro rekrutują ramenową drużynę – swoistą kulinarną "Parszywą dwunastkę" [1967] – pomagającą Tampopo w poszczególnych aspektach dania, między innymi spośród dickensowskiej komuny włóczęgów-smakoszy, z pasją degustujących reszki z restauracyjnych śmietników).

Cały film ma charakter luźnej gawędy: wątek Tampopo jest raz po raz porzucany na rzecz niewielkich komediowych wtrętów, zbudowanych wokół relacji Japończyków z jedzeniem w jego wymiarze zmysłowym, klasowym bądź kulturowym. Dostajemy więc kurs jedzenia ramenu w wykonaniu uduchowionego Mistrza, obfitujący w wymyślone przez Itamiego "święte reguły" i stanowiący satyrę na tworzący się w latach osiemdziesiątych kult ramenu wśród modnej młodzieży japońskiej (grający Mistrza aktor, Ryutaro Ôtomo, zmarł śmiercią samobójczą tuż po zakończeniu zdjęć). Dostajemy pyszną scenę szkolenia młodych dam z klasy średniej, uczących się jeść spaghetti "po europejsku" (podczas gdy prawdziwy Europejczyk zajada się swoją porcją jak prosiak). Jest i nadęty biznes-lunch grupy wbitych w garnitury mężczyzn, wstydzących się przyznać, że nie rozumieją francuskiego menu – do czasu, kiedy najniższy rangą młokos (Kenso Kato) składa płynne zamówienie wykwintnego posiłku. Jest i mężczyzna (Hisashi Igawa), który po nagłej śmierci żony (Kazuo Mita) z przepracowania ordynuje dzieciakom, by mimo płynących z oczu łez dokończyły jedzenie ("To ostatni posiłek, jaki przygotowała wasza matka!", powiada w tej najbardziej Barejowskiej ze scen filmu Itamiego). 



Jest wreszcie, powracająca do filmu od czasu do czasu bez żadnego związku z wątkiem głównym, para: ubrany na biało Gangster (Koji Yakusho) i jego seksowna dziewczyna (Fukumi Kuroda). Ci ostatni spędzają czas na nieustannym konsumowaniu swojej namiętności, i łączeniu aktu seksualnego z jedzeniem na sposoby, jakich kino nie widziało nawet w "Wielkim żarciu" (1973) Marco Ferreriego. W jednej ze scen mężczyzna zatrzaskuje dwie miotające się w misce koniaku krewetki w okolicach pępka kochanki (jak napisał Willy Blackmore: "agonia skorupiaków staje się erotyczną pieszczotą"), a w innej jeszcze kochankowie podają sobie żółtko kurzego jaja z ust do ust, między pocałunkami, aż siedmiokrotnie – póki się nie rozleje, spływając po drżących ustach kobiety. Wystarczy porównać tę niezwykłą scenę – jednocześnie obsceniczną, piękną i podniecającą – z wybrykami Kim Basinger i Mickeya Rourke'a pod otwartą lodówką w "Dziewięciu i pół tygodniach" (1986), by zrozumieć, jak wyrafinowana jest japońska kultura erotyczna w porównaniu z anglosaską seks-komercją spod znaku Adriana Lyne'a. (Rada dla potencjalnych naśladowców sceny: aktorzy Yakusho i Kuroda próbowali ją kilkakrotnie w pelerynach przeciwdeszczowych, a jaja o specjalnym stopniu zwartości żółtka to odmiana Yodoran, słynąca z dobrej jakości.)


Po trzydziestu ponad latach od premiery japońskiej "Tampopo" zachwyca głównie na dwóch poziomach: emancypacyjnym i czysto zmysłowym.
Michał Oleszczyk
Po trzydziestu ponad latach od premiery japońskiej (amerykańska nastąpiła w 1987, a film stał się niespodziewanym hitem i zainteresował USA ramenem – znanym tam uprzednio jedynie w wersji instant – przygotowując grunt pod rewolucję ramenową, dokonaną w 2004 roku za sprawą olśniewającego sukcesu restauracji Davida Changa), film zachwyca głównie na dwóch poziomach: emancypacyjnym i czysto zmysłowym. Tampopo jest pierwszą bohaterką Itamiego, którą reżyser wspólnie z Nobuko Miyamoto rozbuduje w kolejnych filmach w powracający, progresywnie nacechowany typ: silnej kobiety tryumfującej na polu zastrzeżonym dotąd przez mężczyzn (jej finałowe zwycięstwo, rozegrane do roześmianego "Les Préludes" Liszta i zalane słońcem wśród odmalowanych na biało ścian baru to jeden z piękniejszych obrazów kobiety spełnionej we własnym biznesie, jaki dało nam światowe kino, a zarazem liryczny moment rozstania Tampopo i Goro, których imiona oznaczają odpowiednio Dmuchawiec i Byka, a którzy przez moment wydawali się parą idealną).

Kto wie jednak, czy nie najważniejsza jest w "Tampopo" strona zmysłowo-estetyczna. Jedzenie przygotowywane na ekranie niezmiennie zachwyca, przy czym nie jest to wyłącznie ramen (przy którym Itami dbał nawet o wizualną gęstość pary buchającej z misek), ale także kaczka po pekińsku, koreańskie pieczone żeberka, omlet ryżowy (sporządzony w jednym, smakowitym ujęciu na prośbę synka Tampopo, co stanowi świadomy hołd dla "Brzdąca" [1921] Chaplina), ryż z warzywami (zidentyfikowany przez badacza kultury japońskiej, Krzysztofa Loskę, jako chahan), włoskie spaghetti, świeża ostryga raniąca wargę jedzącego, a w końcu – w długim zbliżeniu towarzyszącym napisom końcowym – matczyne mleko, ssane w błogim utuleniu przez niemowlę w akcie najbardziej pierwotnego i najbezpieczniejszego z posiłków.

Ów efekt wielokrotnej estetyzacji jedzenia nie był przypadkowy. W jednym z dodatków blu-rayowego wydania "Tampopo" z 2017 roku, firmowanego przez Criterion Collection, można znaleźć wypowiedź Seiko Ogawy, stylistki kulinarnej odpowiedzialnej za wygląd wszystkich potraw pojawiających się w filmie (z wyłączeniem spaghetti, które po prostu zamówiono we włoskiej knajpie). Praca Ogawy na planie Itamiego była na tyle nowatorska, że nie miała jeszcze sprecyzowanej nazwy – na planie mówiono o niej jako o części zespołu rekwizytorów, odpowiedzialnej za "rekwizyty jadalne". Swoje "rekwizyty" przygotowywała ona w oddzielnej od studia kuchni, zbudowanej specjalnie na tę okazję (w halach zdjęciowych nie można było używać palników), a w sumie skomponowała na potrzeby "Tampopo" aż 600 miseczek ramenu o różnych odcieniach bulionu i z różną fakturą makaronu (dziś chwali się, że aktorzy grający w ujęciach jedli jej dania naprawdę, a w przerwach między zdjęciami zachodzili do jej laboratorium, prosząc o jeszcze). 
Co ciekawe, wspomniany wcześniej obraz kobiecej piersi w trakcie karmienia rozpoczyna także następny film Itamiego – "Ryoko w akcji" (1987). I mimo iż można by ten gest odczytać jako obietnicę kontynuacji estetycznych poszukiwań filmu poprzedniego, żadne z późniejszych dzieł reżysera (a zrealizuje ich jeszcze osiem, w tempie iście allenowskim), nie zdradzi już podobnej miłości do zmysłowego wymiaru świata.


Wymyślny erotyzm znika z kina Itamiego wraz z "Tampopo"; podobnie jak stopniowo znika z niego miłość do jedzenia.
Michał Oleszczyk
Wymyślny erotyzm znika z kina Itamiego wraz z "Tampopo"; podobnie jak stopniowo znika z niego miłość do jedzenia. Jeśli jeszcze w "Ryoko" dostajemy serię smakowitych zbliżeń na potrawy serwowane w knajpie, na którą w kilka chwil później zrobi nalot główna bohaterka (kontrolerka skarbówki), o tyle już w "Sûpah no onna" (1997) ręcznie robione kanapki ryżowe onigiri służą wyłącznie jako (filmowany z obojętnością) rekwizyt, mający podnieść obroty supermarketu. Tylko w "Spokojnym życiu" (1995) – najambitniejszym projekcie Itamiego po "Tampopo", zrealizowanym wedle prozy Kenzaburo Oe, noblisty i zarazem szwagra reżysera – pojawią się smakowite ujęcia nacieranych czosnkiem żeberek wołowych. W całym filmie dominują jednak kwestie bardziej doniosłe od rozkoszy podniebienia, jak choćby walka japońskich intelektualistów ze stanem wojennym w Polsce (w epizodzie wysiadającego z limuzyny gen. Jaruzelskiego wystąpił aktor japoński, z odpowiednimi okularami na nosie). Swoistym odwróceniem orgiastycznego "Tampopo" okaże natomiast się "Ostatni taniec" (1993), filmowe memento mori odzwierciedlające rosnącą troskę Itamiego o zdrowie i serwującego całkiem dosłowną podróż wizualną do wnętrza układu pokarmowego: w scenie gastroskopii kamera ukazuje obraz z wziernika, odbywającego podróż w głąb jelit głównego bohatera.

Powód, dla którego Itami zrealizował "Ostatni taniec" (swoisty odpowiednik "Całego tego zgiełku" [1979] w swej filmografii), był dość ponury – po premierze satyry na kabotyństwo i próżność yakuzy, jaką był zrealizowany w 1992 roku "Minbo, czyli japoński sposób szantażu", mafijne zbiry kilkakrotnie raniły Itamiego nożem pod jego własnym domem. Pobyt w szpitalu zaowocował obecną w "Spokojnym życiu" refleksją nad śmiertelnością (i służbą zdrowia), ale puenta historii okazała się jeszcze bardziej okrutna: wkrótce po premierze "Chronionego świadka" (1997), 20 grudnia 1997 roku, Itami popełnił samobójstwo, skacząc z okna własnego biura – rzekomo w związku z szantażem, jakiego padł ofiarą, faktycznie jednak (przynajmniej wedle ustaleń dziennikarza Jacka Adelsteina) pod presją mafiosów, nie mogących mu wybaczyć zniesławienia yakuzy w komedii sprzed pięciu lat.

Czy ramen daje się czytać jako metaforę ludzkiej tożsamości i dążenia do idealnego balansu składników, który – na zasadzie pars pro toto – odzwierciedla równowagę elementów w życiu prawdziwie spełnionym? Wiele na to wskazuje. Nawet popularna komedia z Brittany Murphy, "Miłość o smaku orientu" (2008) – z gościnnym występem Goro, czyli Tsutomu Yamazakiego jako Mistrza Ramenu – używa ramenu jako symbolu walki o jednostkową godność. W ostatnim ujęciu otwarty przez bohaterkę lokalik "The Ramen Girl" jarzy się neonowym światłem u stóp kolosu Empire State Building i rozpiętego nad nim nowojorskiego nieba. Niezły awans popkulturowej świadomości, zwłaszcza jak na potrawę, której nazwy nie wymieniali w swoich recenzjach filmu Itamiego najlepsi amerykańscy recenzenci – Pauline Kael i Roger Ebert – identyfikując ją po prostu jako "japoński makaron".
9