W sierpniu kolejny raz rzuciłem. Choć nie do końca, bo rodzina pojechała ze mną. Było więc tak, żeby każdy coś dla siebie z tego wyjazdu starał się wykroić. Mama plażing nad Soliną, szkrab bieszczadzką kolej leśną, tata Połoniny. Chciał też Tarnicę, ale uznał że pięciolatkowi szczyty lepiej dawkować, i tak pokazał już moc na tych Połoninach. No i świetne były te momenty, których się nie planuje. Koncert młodego klona Boba Dylana na rynku w Cisnej. Spacer na szlaku z rodowitym cisnianinem i możliwość posłuchania jego opowieści. Leniwe i beztroskie brodzenie w Wetlince. I ta ich jedyna w swoim rodzaju kuchnia. Piwo w Siekierezadzie. Szkoda tylko, że na koncert SDM na Majdanie się człowiek nie wyrobił, bo tam Bieszczadzkie Anioły smakują najlepiej. Ale przynajmniej ma więcej powodów, żeby znów rzucić wszystko.
A przechodząc do sedna, rzućmy to wszystko nie wychodząc z domu. Topka kina bieszczadzkiego.