PRZED PREMIERĄ: Graliśmy w "Wolfenstein: The New Order"

autor: /
https://www.filmweb.pl/news/PRZED+PREMIER%C4%84%3A+Grali%C5%9Bmy+w+%22Wolfenstein%3A+The+New+Order%22-102943
Polska rodzina przy kolacji. Na stole chleb, wódka i filiżanki z herbatą. Wystrój pokoju – komoda, obrazy rodzinne. Sielsko anielsko. W piwnicy czeka niemiecki oficer, którego za chwilę będziesz torturować piłą łańcuchową. Niewiele później zetrzesz się w śmiertelnej walce z dwoma robotami; szczytem nazistowskiej myśli technicznej. Jest rok 1960, świat spod znaku Nowego Porządku, a ty nazywasz się „B.J.” Blazkowicz.


Podczas ogrywania około trzygodzinnego builda gry „Wolfenstein” co jakiś czas musiałem przecierać oczy. Ze śmiechu, ze zdumienia i wreszcie - wzruszenia. Bo jest to coś naprawdę niecodziennego. „Wolfenstein: The New Order”, którego wydawcą jest Zenimax Media, to naprawdę niezła – jak na chwilę obecną – gra. Nie zatrzęsie raczej rynkiem pierwszoosobowej rozrywki, nie zdekonstruuje całego, umoczonego w „Call of Duty” gatunku FPS. Ale to produkt świetny dla zgredów, którzy w pierwszym „Wolfensteinie” zbierali hełmy „+5 to armor”.

Do rozegrania były trzy rozdziały. Prolog to coś na kształt homage dla oryginalnego „Wolfensteina”, zrealizowany zresztą w stylistyce bliskiej choćby „Killzone”. Ot, atakujemy nazistowski zamek, w którym ma rezydować generał Wilhelm „Trupia Główka” Strasse. Nie wszystko oczywiście idzie tak jak planowaliśmy i Blazkowicz z amnezją i szrapnelami w czaszce ląduje... w polskim szpitalu psychiatrycznym.

Gdyby oceniać grę po samym prologu, czyli mocno klasycznych wnętrzach, było nieźle, ale bez pazura. Ot, szybki, nieco zwariowany shooter. Biegamy po różnych dymiących okopach, czasem przydzwonimy z działa w stronę wielkiej nazistowskiej maszyny kroczącej, postrzelamy do Niemców i tyle. Klasyka, taki był już i „Return to Castle Wolfenstein” i „Wolfenstein” z 2009 roku. Ale prolog nie jest przecież daniem głównym. Prawdziwa zabawa zaczyna się dopiero wtedy, gdy Blazkowicz budzi się w powojennej Polsce, w roku 1960.


Polskie akcenty w grach to zazwyczaj kumulacja stereotypów bądź mikrowstawki czegoś, co z grubsza określimy jako „ścianę wschodnią”. „Wolfenstein”, na tyle na ile go poznaliśmy, pod tym względem jest całkiem niezły. Gra plusuje świetnym voice-actingiem. Zarówno Niemcy, jak i Polacy mówią w swoim ojczystym języku. Jak dowiedziałem się od jednego z twórców, za tym, że Polacy zostali odwzorowani naprawdę nieźle stoi office managerka MachineGames, która pochodzi znad Wisły.

Sami naziści zostali zakreśleni równie mocno. W latach 60. to już zdegenerowany zwycięstwem totalnym naród obłąkańców. Niesamowite wrażenie robi scena z frau Engel, która każe nam – pod groźbą śmierci – poddać się jej testowi na aryjskość. Obok siedzi niejaki Bubi (niem. chłopaczek), który leciwej już frau Engel co rusz wsadza dłoń w krocze.


Cały świat zresztą, i ten w czasie II Wojny Światowej, i w latach 60., zrobiony został ze smakiem. Widać tu szlify rodem z „Iron Sky”. Nawet muzyka to upiorny, rwący się miks industrialu i elektro. Aż chciałoby się, by i tu Laibach zrobił ścieżkę dźwiękową...

W zasadzie jedynym elementem fabuły czy postaci, który nieco odstaje od reszty, jest monologowanie Blazkowicza. Mamy sporo groteski, kroplę absurdu, gra nie traktuje siebie śmiertelnie poważnie, chyba że... głównemu bohaterowi przyjdzie do głowy porozmyślać na temat wojny, umierania i Trupiej Główki. Jego wewnętrzne monologi średnio pasują do ogólnego klimatu gry, ale na szczęście po tym, jak Blazkowicz dostaje w łeb, przestaje mieć takie pompatyczne przemyślenia.


Ale dość o historii. Jak prezentuje się gra od strony technicznej? Zadziwiająco dobrze. Oczywiście pojawia się nieco kwiatków wizualnych czy rwącego się audio, ale generalnie, jak na wczesne stadium gry „Wolfenstein” nie słabuje. Nasze graty to – na tyle, na ile pozwolił to zobaczyć build – klasyka. Pistolety, karabiny maszynowe, granaty (także Tesli), zdejmowane ze stanowisk miniguny... Broń „prowadzi” się naprawdę dobrze. Czuć moc, naziole padają jak świeżo żęte zboże, więc czego chcieć więcej? No cóż, tu twórcy dają nam niemałe pole do popisu. Każdą mapę można bowiem przejść po cichu, bądź korzystając z różnych tajnych przejść. Gdy bawimy się w cichociemnego, rozgrywka jest dość prosta. Wystarczy załatwić dowódców, którzy w razie ataku wzywają posiłki, a potem po prostu przemknąć do punktu kontrolnego. Lepiej jednak pobawić się we frontalny atak. 


Kryje się tu mała niespodzianka. „Wolfenstein” jest trudny. Może nie sam w sobie, ale przez jechanie na anachronicznym podejściu do shooterów. Nie ma tak, że gdy dostaniemy baty, schowamy się za osłonę i poczekamy aż krew zejdzie z oka, a rany w magiczny sposób znikną z kwadratowej szczęki Blazkowicza. Trzeba znaleźć apteczkę, która doda +20 do punktów życia. Mało? Z Niemców wypadają hełmy +5, zbroje +20, które wzmacniają nasz pancerz... Aż się łezka w oku kręci. I jak się okazuje, to wszystko działa perfekcyjnie! Zdarzają się typowe wąskie gardła, ale wtedy – gdy zginiemy po raz dziesiąty – gra startowo przydzieli nam (nawet na wysokim poziomie trudności) te dodatkowe 20 punktów życia, by wyrównać szanse. Nigdy jednak nie jest lekko. Coś cudownego.


Wolfenstein: The New Order” to dla mnie przemiła niespodzianka. O ile MachineGames, Bethesda i Zenimax niczego nie zepsują, szykuje się naprawdę niezła, staroszkolna rzeźnia z ciekawą historią i porządną dawką adrenaliny. Grę docenią na pewno starsi gracze, dla których to co dziś jest anachronizmem, było elementem dorastania z grami. Nic dodać nie trzeba – tylko czekać.
Udostępnij: