Recenzja filmu DJ (2017)
Alek Kort

Carpe Dick

Reżyserski debiut Alka Korta reklamowały zwiastuny, w których gładką melodię przeboju Franka Sinatry rozcinają przebitki z dzikiej, transowej imprezy. Podobny motyw powraca w gotowym filmie i ...
Filmweb sp. z o.o.
  • recenzja kinowa DJ (2017)
Reżyserski debiut Alka Korta reklamowały zwiastuny, w których gładką melodię przeboju Franka Sinatry rozcinają przebitki z dzikiej, transowej imprezy. Podobny motyw powraca w gotowym filmie i jest niezłą metaforą dzieła o strukturze pornosa, w którym perypetie bohaterów są jedynie chwilą wytchnienia pomiędzy didżejskimi popisami. Żeby była jasność, nie mam nic przeciwko takiej strukturze, oprócz porno lubię też filmy karate i musicale. Problem w tym, że sceny akcji nie rekompensują w "DJ-u" kłopotliwych fabularnych interludiów. Oczy krwawią, uszy więdną.


Serduszko Mini (Maja Hirsch) puka w rytmie muzyki klubowej, lecz drzwi do kariery jakoś nie chcą się same otworzyć. Choć dziewczyna wylewa siódme poty i miota się za gramofonami jak opętana, to wciąż stoi w miejscu, uwięziona we własnej głowie i w wiecznym okresie bezdecyzyjnym. Kiedy w końcu otrzyma swój bilet do wielkiego świata, los udzieli jej słodko-gorzkiej lekcji humanizmu: albo ty ich, albo oni ciebie.

Wielki świat to tak naprawdę trzy ulice w Londynie i dwóch facetów na Ibizie. Ubogi rysunek rzeczywistości zaludnionej przez groteskowych didżejów i zdziwaczałych filantropów idzie w parze z ledwie naszkicowaną bohaterką, której jedyną cechą charakteru jest nieposkromiona ambicja. Mini napiera bez wytchnienia, tratuje po drodze ludzi i wciąż chce więcej, ale reżyser ani przez chwilę nie próbuje zmienić perspektywy i dodać jej trzeciego wymiaru. To trochę opowieść o upadku bohaterki, trochę moralna połajanka, a częściowo hołd dla jej niezłomnego ducha, co średnio się ze sobą klei, skoro postać jest prosta i pozbawiona życia jak wyciśnięty mop. Wcielająca się w didżejkę Maja Hirsch posiada ekranową charyzmę, lecz dialogi, które przygotowali dla niej scenarzyści, skutecznie leczą ze złudzeń. Nieuzasadniona emfaza oraz wybuchy nadekspresji tylko podkreślają słabości miałkiego i pełnego krzywdzących uproszczeń tekstu, w którym filozoficzny zwrot "carpe dick" urasta do rangi dowcipu miesiąca.


Mimo szczerych intencji (objawiających się m.in. filmowaniem w wielu mekkach elektronicznej muzyki tanecznej oraz wykorzystaniem prawdziwej historii jako podstawy scenariusza), z podobną finezją potraktowana jest tutaj cała kultura klubowa. Gdy przychodzi do mięska, czyli scen imprez, Kort nie dostrzega w popisach Mini plastycznego tworzywa filmowego spektaklu, nie stara się znaleźć jakiegoś wizualnego ekwiwalentu dla pulsującej muzyki w montażu czy zdjęciach. Po prostu podkręca basy, wprawia bohaterkę w ruch epileptyczny i wisi jej na plecach z kamerą. Efekt jest mało zaskakujący: występom - pomimo dobrej muzyki - brakuje energii, zaś filmowi - jakiegokolwiek punktu ciężkości.

Fakt, że Mini rozpycha się łokciami w świecie wpływowych i bogatych facetów mógłby stanowić rdzeń historii emancypacyjnej i inicjacyjnej zarazem. Ale ja Was proszę! Jest tu cytujący Kołakowskiego DJ z rozdętą klatą i nazwiskiem zwiastującym boskie objawienie. Jest zaćpany hiszpański bachus, który wykłada podłogi w swojej willi nagimi modelkami. Wreszcie - jest dziadek Mini, czyli sędziwy dyrygent grany przez Daniela Olbrychskiego, który pojawia się na ekranie wyłącznie jako figura patriarchy w sztafecie pokoleń. Scena, w której bohaterka obserwuje go na koncercie, zaś z magmy smyczków i basów wyławia pojedyncze dźwięki, tworząc nowy utwór, powinna być kluczowa dla całego filmu; pokazywać uniwersalność muzyki jako języka, unaoczniać jej socjalizującą siłę i zarazem moc stwarzania odrębnych, artystycznych tożsamości. W filmie Korta wygląda tymczasem, jakby bohaterka próbowała zabić czas. Cóż, Wam tak łatwo nie pójdzie.
Czy uznajesz tę recenzję za pomocną? 88% uznało tę recenzję za pomocną (26 głosów).
Michał Walkiewicz
ocenia ten film na:
1 10 3/10 słaby