Recenzja filmu Źle się dzieje w El Royale (2018)
Drew Goddard

Cienka czerwona linia

Goddard nie boi się bawić z oczekiwaniami widzów. Tak jak w "Domu w głębi lasu", tak i tu wykorzystuje znane kinomanom wątki, ale splata je w zaskakujący sposób, sprzeczny z doświadczeniami ...
Filmweb sp. z o.o.
Drew Goddard w ciekawy sposób walczy o swoje miejsce w Hollywood. Z jednej strony nie ma najmniejszych problemów z byciem wyrobnikiem i pracowaniem dla wielkich wytwórni (co czasem mu się opłacało, jak np. w "Marsjaninie", a czasem nie – jak w przypadku niezrealizowanego filmu "Sinister Six", dla którego porzucił serial "Daredevil"). Z drugiej strony znajduje czas i środki na swoje własne projekty, w których pokazuje się jako twórca bezkompromisowy. Takim obrazem był "Dom w głębi lasu". Do jego autorskich projektów dołączył właśnie "Źle się dzieje w El Royale".

photo.title

Goddard nie boi się bawić z oczekiwaniami widzów. Tak jak w "Domu w głębi lasu", tak i tu wykorzystuje znane kinomanom wątki, ale splata je w zaskakujący sposób, sprzeczny z doświadczeniami większości bywalców multipleksów. "Źle się dzieje w El Royale" to dzieło wymykające się łatwym klasyfikacjom, nie schlebiające odbiorcom, wymagające od nich zaakceptowania artystycznej wizji reżysera. Co może być dla wielu osób trudne, zwłaszcza jeśli na seans zdecydowali się pod wpływem zwiastunów i spotów reklamowych. Kampania marketingowa bowiem wprowadza w błąd, akcentując tylko niektóre z aspektów tego skomplikowanego filmowego gobelinu.

Dzieło Goddarda jest tak zwodnicze jak miejsce akcji. Tytułowy Hotel El Royale na pierwszy rzut oka niczym szczególnym się nie wyróżnia. Ot, przydrożne miejsce wypoczynku dla zmęczonych podróżnych. Został on jednak zbudowany dokładnie na granicy Kalifornii i Nevady. Cienka czerwona linia wyznaczająca linię demarkacyjną przebiega przez sam środek przybytku, symbolizując jedno miejsce i dwa różne światy. Jest to potężny obraz, stanowiący istotę całego dzieła Goddarda. Reżyser sięga po manichejski dualizm, czyniąc z niego siłę nadrzędną, determinując każdy poziom widowiska, ukazując jednostkowy byt jako schizofreniczną koegzystencję dwóch odrębnych rzeczywistości.

photo.title

Ten dualizm odnajdujemy więc nie tylko w samej konstrukcji świata (hotel położony w dwóch stanach, składający się z części publicznej i części dla voyerów). Według tego samego klucza zbudowane zostały wszystkie postacie. Każdy z bohaterów ma w sobie jednocześnie Jekylla i Hyde'a. Tak jak Laramie (Jon Hamm) – na początku irytujący, wręcz nachalny, ujawnia w końcu swoją delikatną, kochającą i troskliwą naturę, czy Emily (Dakota Johnson) – niby mordująca bez mrugnięcia okiem, ale dla swojej siostry potrafiąca wznieść się na wyżyny poświęcenia.

Dualizm jest również prawem, któremu podporządkowana została sama forma filmu Goddarda, co czyni ze "Źle się dzieje w El Royale" dzieło samo w sobie mocno schizoidalne. Brutalne sceny rodem z taniego kina exploitation współistnieją z artystycznym wyrafinowaniem, chociażby niezwykle pomysłowymi mastershotami. Zestaw bohaterów nie różni się za bardzo od tego, co odnaleźć możemy w pulpowych czarnych kryminałach. Goddard uczynił z nich elementy przypowieści zarazem o walce dobra i zła, jak i  o roli kapłaństwa jako źródła pocieszenia oraz zbawienia.

photo.title

Reżyser bawi się także samymi aktorami, wymagając od nich odgrywania szerokiego spektrum emocji i zachowań. Niektórzy z nich w pełni skorzystali z okazji. Chris Hemsworth raz jeszcze udowodnił, że ma niesłychaną ekranową prezencję. Po "Źle się dzieje w El Royale" wiele osób zapewne z chęcią zobaczyłoby go w roli Charlesa Mansona lub Hannibala Lectera. Jeff Bridges po mistrzowsku połączył kruchość i determinację granej przez siebie postaci. A Lewis Pullman nie ugiął się pod ciężarem dość stereotypowej postaci prześladowanej przez wspomnienia dawnych grzechów.

Mimo tych wszystkich atutów "Źle się dzieje w El Royale" nie jest dziełem satysfakcjonującym. To jeden z tych przypadków, kiedy wyjściowa koncepcja budzi uznanie, a poszczególne elementy oceniane oddzielnie łatwo uznać za znakomite. Jako całość jest to jednak przerost formy nad treścią. Monumentalna egzystencjalna parabola rozczarowuje, kiedy reżyser dokonuje diagnozy świata bez wyciągania wniosków. Trudno też ekscytować się losami bohaterów, którzy są jedynie elementami fabularnego gobelinu. Rzecz działa na zmysły, pobudza do myślenia, ale emocjonalnie jest zbyt chłodna w swoim wyrachowaniu. To sprawia, że "Źle się dzieje w El Royale" jest niczym więcej niż tylko efekciarskim bibelotem.
Czy uznajesz tę recenzję za pomocną? 50% uznało tę recenzję za pomocną (64 głosy).
Marcin Pietrzyk
ocenia ten film na:
1 10 6/10 niezły