Recenzja filmu Jeszcze dzień życia (2018)
Damian Nenow
Raúl de la Fuente

Jest więc "Jeszcze dzień życia" bardzo wartościowym obrazem z historii reportażu. Można uczyć się na nim historii tego gatunku literatury. Jest też hybrydą animowano-dokumentalną, bo twórcy ...
Filmweb sp. z o.o.
Animacja to niewdzięczna pasja: powstaje bardzo długo w porównaniu do innych rodzajów kina, ale nie przekłada się to na jej metraż. Oglądamy ją na równi z dokumentem czy fabułą, lecz przyzwoitość każe pokłonić się i docenić wysiłek twórców, zawsze określany mianem "benedyktyńskiego". Przez lata buduje się również oczekiwania, gdyż autorzy muszą udzielać wywiadów i podkręcać temperaturę aż do premiery. W tym przypadku było to imponujące osiem lat - trzy tysiące dni z życia Damiana Nenowa, Raúla de la Fuente i wielu innych osób zaangażowanych w produkcję.Patrząc na to z tej perspektywy, nie wypada pytać, czy było warto. W końcu trzeba być idealistą, aby poświęcać tyle swego czasu na cokolwiek. Kino jest jednak niesprawiedliwe. To, co mogło być świetną ideą prawie dekadę temu, dziś jest dowodem na to, że świat nie stoi w miejscu: pełnometrażowych produkcji animowanych z roku na rok jest coraz więcej, zmienia się rynek i zmieniamy się my, widzowie.


Sam temat jest uniwersalny: reporter jedzie na front, próbując ustalić prawdę o przebiegu wojny. W tym przypadku jest to Ryszard Kapuściński w 1975 roku w Angoli, gdzie rozstrzygają się losy całej Afryki. Czy rzeczywiście granicę szturmują rzeczywiście bataliony RPA wspierane przez CIA? - oto pytanie, które spędza mu sen z powiek. Czy powinien poinformować świat o swoich odkryciach i wziąć pod uwagę, jak zmienią one przebieg konfliktu? To z kolei kwestia kluczowa dla filmu - aktualna również dziś, nawet jeśli zamiast maszyny do pisania i teleksu używamy telefonów satelitarnych i twittera.

Niestety, wojny informacyjne, hybrydowe przebiegają dziś zupełnie inaczej. Zmieniła się też perspektywa, z jakiej postrzega się pracę reportera wojennego. Wiemy dobrze, że zawsze jest zaangażowany - istotniejsza jest w tym wypadku jego postawa. Trudno też przekonać odbiorców, że zdjęcia twarzy umierających ludzi mogą być hołdem dla odchodzących, gdy media chorują na pornografię przemocy i publikując najróżniejsze "oblicza śmierci", kierują się skandalem. Jest więc "Jeszcze dzień życia" bardzo wartościowym obrazem z historii reportażu. Można uczyć się na nim historii tego gatunku literatury. Jest też hybrydą animowano-dokumentalną, bo twórcy odnajdują bohaterów książki Kapuścińskiego i przeprowadzają z nimi wywiady. Trudno jednak zrozumieć, po co ten wysiłek. Żeby zweryfikować znane fakty? Potwierdzić prawdę w czasach nadużywanej "postprawdy"?

Film tłumaczy, dlaczego Kapuściński czuł się tak dobrze na wojnie, twórcy przywołują obraz z wybuchu II wojny światowej podczas jego dzieciństwa. Szkoda tylko, że poprzestają na płytkiej psychoanalizie, nie pokazując mechanizmu swoistego uzależnienia od wojny. Szkoda też, że postać z pięknie odwzorowanymi rysami reportera, ani razu nie rozjaśnia ekranu swoim słynnym drapieżnym uśmiechem.

Jeden z rozmówców mówi, że Kapuściński nie szukał na wojnie przyjaciół, tylko osób wpływowych, które mogły go przerzucić w zapalne punkty. A jednak wszyscy, których spotkał i uwiecznił w swojej literaturze, wspominają go z wielką przyjaźnią. Najciekawszą postacią okazuje się Farusco – portugalski żołnierz, który pod wpływem tego, co ujrzał w Angoli, przeszedł na stronę wroga i poprowadził armię żołnierzy na południowym froncie. Wielu walczących miało dopiero po 12 lat, płacono im jedzeniem, a pieniędzmi tylko, gdy wygrali starcie - prawie bezbronni. Farusco sam traci syna na skutek zemsty wrogich oddziałów i opowiada o tym w tak poruszający sposób, że jego osobista strata staje się bardziej emocjonalna niż cała ta "malownicza" groza wojny. Sceny śmierci zrealizowane w komiksowej animacji zostawiają mnie obojętną. Mocny za to staje się widok jaskrawo kolorowego świerszcza konającego w ognisku, który puentuje palenie zwłok ofiar, stosów ciał oblanych benzyną. Może więc film uświadamia, jak bardzo spowszedniały nam obrazy ekstremalnej przemocy.

Trudno uniknąć porównania obrazu Nenowade la Fuente do "Walca z Baszirem" Ariego Folmana. Niestety, na niekorzyść dla tego pierwszego. Sceny sennych koszmarów, kiedy ożywają zmarli, albo gdy sala wykładowa zmienia się w pole bitwy, mogłyby znaleźć się w kiepskiej grze komputerowej i wypadają niestety kiczowato. Zaś "błękitna" scena po śmierci Carloty, gdy cały świat wojennej zawieruchy opada na dno wielkiego oceanu i osiada tuż obok ogromnego, nagiego ciała kobiety, wygląda wręcz jak bezpośredni cytat z Folmana.

Wychodząc z kina, będziecie za to chcieli wrócić do genialnych książek Kapuścińskiego. Przeczytać je na nowo albo po raz pierwszy. Myślę, że zanucicie również piosenki ze świetnej ścieżki dźwiękowej (zwłaszcza afro-beatowe "Better Change Your Mind" Williama Onyeabo). A że będziecie również, jak to mówili na froncie w Angoli, trochę "confusao"? Cóż, jak przekonują w finale bohaterowie filmu, dezorientacja też może pozytywnym, umacniającym doświadczeniem. I niech ich słowa będą mottem twórców przy pracy nad kolejnymi pełnometrażowymi animacjami.
Czy uznajesz tę recenzję za pomocną? 44% uznało tę recenzję za pomocną (50 głosów).
Adriana Prodeus
ocenia ten film na:
1 10 5/10 średni