Recenzja filmu Wyszczekani (2018)
Raja Gosnell

Czynnik psi

Bałagan, który zostaje po kilku intrygujących pomysłach, jest w zasadzie nie do uprzątnięcia, zaś grunt pod satyrę zostaje całkowicie zaorany. Od wielkiego dzwonu Gosnell trafia z żartem, Max ...
Filmweb sp. z o.o.
Nie nauczysz starego psa nowych sztuczek. Chociaż Raja Gosnell ma spore doświadczenie w opowiadaniu o zwierzakach – od fabularnych przygód Scooby'ego Doo po arcydzieła w rodzaju "Cziłały z Beverly Hills" – wciąż nie jest w stanie przekuć swojej pasji do czworonogów w coś, co z grubsza przypominałoby film. "Wyszczekani" to kolejna pełnometrażowa ekranizacja rynkowych badań oraz nieudany eksperyment na zwierzętach – prawdziwych i cyfrowych.  


Fabuła czerpie z bogatej tradycji komedii kumpelskiej – i to z tej najlepszej, w wydaniu policyjno-złodziejskim. Mamy więc duet pozornie niedobranych twardzieli z odznakami – zdziadziałego mizantropa z FBI, Franka (Will Arnett) oraz rozmiłowanego w hip-hopie, suczkach i złotych kajdanach rottweilera Maxa (Ludacris, w polskiej wersji: Mirosław Zbrojewicz). Jest wątek śledztwa, które najpierw poróżni bohaterów, a później scementuje ich przyjaźń. Wreszcie – pojawia się cały korowód drugoplanowych psiaków, tworzących całkiem fotogeniczne zwierzęce "podziemie". Tym, co wyróżnia obraz Gosnella jest jednak tzw. "wysoki koncept", czyli prosty do sprzedania pomysł na opowieść. W tym przypadku to antropomorfizacja, od której więdną uszy i gniją oczy. Jeżeli marzyliście kiedyś, aby bohaterowie "K-9" albo "Turnera i Hoocha" przemówili ludzkim głosem, to cóż, zastanówcie się jeszcze raz.

photo.title   photo.title   photo.title

Ponieważ mamy do czynienia z konwencją, w której humor jest równie istotny co akcja, spieszę donieść, że film ponosi druzgocącą klęskę na obydwu frontach. Spora w tym zasługa głównych bohaterów: Arnett gra na pół gwizdka, wygląda na faceta trapionego widmem śmierci i podatków, brakuje mu choćby odrobiny luzu i bezpretensjonalności. Jego psi partner – tutaj realizujący archetyp maczo, który odkrywa swoją wrażliwą stronę – jest równie nieciekawy, zaś jego filmowy "charakterek" to po prostu zestaw rasowych – w każdym możliwym znaczeniu tego słowa – stereotypów. Jako że dowcipy orbitują wokół pierdzenia, badania psich genitaliów i tym podobnych atrakcji, komediowa siła obrazu pozostaje niewielka. Za sprawą scenariopisarskiej indolencji udało się także położyć potencjalnie najciekawszy wątek konkursu piękności jako metafory hollywoodzkiego bagienka. 

Bałagan, który zostaje po kilku intrygujących pomysłach, jest w zasadzie nie do uprzątnięcia, zaś grunt pod satyrę zostaje całkowicie zaorany. Od wielkiego dzwonu Gosnell trafia z żartem, Max robi zabawną minę, a Arnett przestaje czekać na przelew i budzi się do życia. Za mało tego jednak na film, który ma wyczyścić portfele widzów od lat pięciu do stu pięciu. I nawet jeśli uwielbiacie slapstick, kochacie czworonogi, a w dodatku tęsknicie za szlachetnym gatunkiem filmów o gliniarzach, którzy żyją jak pies z kotem, w kinie wynudzicie się jak mopsy.   
Czy uznajesz tę recenzję za pomocną? 72% uznało tę recenzję za pomocną (18 głosów).
Michał Walkiewicz
ocenia ten film na:
1 10 3/10 słaby