Recenzja filmu McQueen (2018)
Ian Bonhôte
Peter Ettedgui

Diabeł ubierałby się u McQueena

Gdybym miał skomplementować film Petera Ettedgui i Iana Bonhôte'a jednym zdaniem, napisałbym po prostu: świetnie się oglądało, z chęcią dowiedziałbym się więcej. "McQueen" to dobrze skrojony ...
Filmweb sp. z o.o.
  • recenzja kinowa McQueen (2018)
Kto mnie zna, ten zdaje sobie sprawę, iż orientację w świecie mody mam równie dobrą co w środowisku hodowców jedwabników. Jestem przekonany, że zwrot "prêt-à-porter" wymyślił Robert Altman, a "haute couture" to ani chybi członek rodziny Randy'ego Couture'a. Przyznaję zatem bez bicia: zanim obejrzałem "McQueena", nazwisko tytułowego projektanta kojarzyłem głównie z podpisów pod zdjęciami w kolorowych magazynach. No wiecie, hollywoodzka gwiazda X przespacerowała się po czerwonym dywanie w nowej wyzywającej kreacji od Y. Gdybym więc miał skomplementować film Petera Ettedgui i Iana Bonhôte'a jednym zdaniem, napisałbym po prostu: świetnie się oglądało, z chęcią dowiedziałbym się więcej. "McQueen" to dobrze skrojony dokument biograficzny. W przystępny sposób przedstawia sylwetkę oraz twórczość bohatera, nie popadając przy tym w bezkrytyczny zachwyt. Redakcje "Vogue'a" i Filmwebu lubią to.


Ekranowa historia zmarłego w 2010 roku Alexandra McQueena została podzielona na pięć rozdziałów. Ich tytuły odnoszą się do nazw kolekcji będących kamieniami milowymi w karierze Brytyjczyka. Z elegancko zmontowanego kolażu materiałów archiwalnych oraz opowieści płynących z ust bliskich i współpracowników wyłania się obraz piekielnie zdolnego artysty, który do perfekcji opanował zarówno sztukę krawiectwa, jak i public relations. McQueen kochał igrać z ogniem. W wywiadach przyznawał się do inspiracji m.in. skórzano-lateksową garderobą klienteli klubów dla fetyszystów oraz historią Kuby Rozpruwacza. W przypływie  natchnienia szył sukienki z folii. Z kolei swoim modelkom kazał wcielać się na wybiegu w ofiary gwałtu, pacjentki zakładu zamkniętego albo dzikie zwierzęta. Z jednej strony ta "doktryna szoku" była podyktowana ambicją wyznaczania nowych horyzontów w modzie. Z drugiej – chęcią utarcia nosa snobistycznym arbitrom elegancji przez dzieciaka z robotniczej dzielnicy Londynu. Wreszcie znakomicie sprawdzała się jako narzędzie marketingowe. Wszystko w myśl zasady "nie ważne, co mówią, ważne, żeby mówili". Jak stwierdza w pewnym momencie inny gigant branży, Tom Ford: Alexander łączy poezję z komercją, jest praktyczny.

Ettedgui i Bonhôte oddają cesarzowi co cesarskie – McQueen wielkim projektantem był i basta. Pracował za trzech, pokładami kreatywności mógłby obdzielić dwudziestu. Całe swoje życie podporządkował sztuce. Ba, nawet własną śmierć planował zamienić w performance. Twórcy nie ignorują jednak niewygodnych fragmentów biografii bohatera. Mają odwagę przyznać, że potrafił on w mało przyjemny sposób obchodzić się z najbliższym otoczeniem, zaś dla podwładnych bywał tyranem. Z kolei sukces zawodowy okupił depresją i uzależnieniem od narkotyków. Jak pisał klasyk: przez ciebie płynie strumień piękności, ale ty nie jesteś pięknością. W "McQueenie" wzniosłość nieustannie kroczy pod rękę z prozą życia. Artysta-rebeliant narzeka na nadmiar obowiązków i niespłacone raty kredytów. Jednym okiem patrzy w przyszłość, wprowadzając do swoich pokazów roboty i hologramy. Drugim łypie z zazdrością na kolegę po fachu Johna Galliano, który dostaje od koncernów modowych (traktujących projektantów jak podkute złotem konie pociągowe) nieporównywalnie większe budżety. Prawa dłoń kreśli na kartce śmiałe projekty ubrań. Lewa z bezsilności zaciska się w pięść.


Życiorys Alexandra McQueena rymuje się w wielu miejscach z historią Whitney Houston, innej zmarłej młodo wybitnej artystki, o której możemy obejrzeć w kinach dokument. Schemat biografii jest podobny: naznaczone traumami dzieciństwo – ekspresowy awans na najwyższe piętro show-biznesu – presja w pracy, pustka w domu – flirt z używkami – pęd ku autodestrukcji – cmentarz. Zupełnie, jakby połączenie talentu, nadwrażliwości i wielkich pieniędzy było zawsze gotową receptą na katastrofę. Czy właśnie dlatego oglądając film Ettedgui i Bonhôte, na przemian odczuwa się smutek i ulgę? Smutek, ponieważ na ekranie unicestwia się genialna jednostka, która całe życie miała odwagę iść pod prąd. Ulgę, bo... to jednak nie my. Być może sława, uznanie i bogactwo dają szczęście, ale o tym z filmu o McQueenie się nie dowiecie.
Czy uznajesz tę recenzję za pomocną? 89% uznało tę recenzję za pomocną (35 głosów).
Łukasz Muszyński
ocenia ten film na:
1 10 7/10 dobry