Recenzja filmu Klub Jimmy'ego (2014)
Ken Loach

Dorwać Jimmy'ego

Inteligentnie poprowadzone wątki poboczne w rodzaju starcia liberałów i konserwatystów w strukturach IRA dopełniają obrazu dzieła spełnionego – zarówno stylistycznie, jak i intelektualnie. Loach ...
Filmweb sp. z o.o.
Ken Loach otwiera swój nowy (i jeśli wierzyć plotkom – ostatni) film montażową sklejką, archiwalnymi zdjęciami robotników z Nowego Jorku lat dwudziestych. Zanim jednak zdążycie powiedzieć "placek z jagodami", a przez myśl przejdzie Wam, że czołowy społecznik brytyjskiego kina wybrał się z kamerą za wielką wodę, znów jesteśmy na zielonych polach Irlandii. Po dziesięcioletnim pobycie w USA, do kraju wraca właśnie Jimmy Gralton (Barry Ward). Mężczyzna na własnej skórze doświadczył skutków kryzysu ekonomicznego, a teraz chce na powrót osiedlić się w hrabstwie Leitrim i pomóc matce w prowadzeniu gospodarstwa. Przy okazji postanawia reaktywować tytułowy przybytek, miejsce, w którym dzieci będą się uczyć, dorośli – politykować, a wszyscy bez względu na wiek – tańczyć. Skutki jego działań będą jednak opłakane; dość powiedzieć, że Gratlon to jedyny w historii Irlandczyk, który został deportowany z rodzinnego kraju.

photo.title
 
Loach lubi takich bohaterów jak Jimmy: uwikłanych w wielką historię, nie kłaniających się kulom, gotowych do działania, liczących się z konsekwencjami (za ich portret w "Wietrze buszującym w jęczmieniu" zgarnął zresztą Złotą Palmę). Inicjatywa Graltona szybko staje się solą w oku lokalnego księdza, Ojca Sheridana (Jim Norton). Pomijając komunistyczne sympatie aktywisty, kler boi się utraty wpływów na okolicznych terenach i złamania monopolu na działania edukacyjne. Starcie jest nieuniknione, podobnie jak nieco stronniczy ton, którym reżyser będzie opowiadał o zderzeniu światopoglądów i politycznych modeli.

Jest coś rozczulającego i imponującego w sposobie, w jaki twórca "Riff-Raff" i "Życia rodzinnego" portretuje swoich bohaterów, określa ich rolę w społeczeństwie, wpycha na ideologiczny ring. Loach nie toleruje ironii, naczelną cnotą jego kina jest powaga. Na jej gruncie rozkwitają jednak narracyjna subtelność oraz empatia wobec bohaterów. Reżyser wystrzega się demonizowania kleru pod wodzą Sheridana. Jego film jest stonowany, a karty rozdano sprawiedliwie. Choć wyklinający jazz od "muzyki Szatana" i walący na oślep retorycznym kilofem ("Albo Gralton, albo Chrystus!" – zagrzmi w jednej ze scen) duchowny to niezły materiał na karykaturę, Loach wie, kiedy zrobić krok do tyłu. Pomaga mu w tym zresztą świetna obsada – Barry Ward ma charyzmę, dobrą prezencję, a nieco plakatową postać zamienia w bohatera z krwi i kości. Norton z kolei doskonale pasuje nad "temperaturą" swojego występu i nad doborem środków ekspresji. Na drugim planie tymczasem bryluje Simone Kirby w roli ukochanej bohatera, Oonagh.

photo.title

Inteligentnie poprowadzone wątki poboczne w rodzaju starcia liberałów i konserwatystów w strukturach IRA dopełniają obrazu dzieła spełnionego – zarówno stylistycznie, jak i intelektualnie. Loach nie jest twórcą, który myśli obrazami. Nie jest też reżyserem, który zaczyna od bohatera. Interesuje go temat oraz jego wydźwięk. I nie ma lepszej rękojmi jego reżyserskiej klasy niż fakt, że wychodząc z tej pozycji, wciąż potrafi utrzymać nas w fotelach.

Czy uznajesz tę recenzję za pomocną? 83% uznało tę recenzję za pomocną (48 głosów).
Michał Walkiewicz
ocenia ten film na:
1 10 6/10 niezły

przeczytaj również recenzje użytkowników (2)

Ostatnio odwiedzone
wyczyść historię