Recenzja filmu Frankie (2019)
Ira Sachs

Frankie, wracaj do Hollywood

Sachs - znany dotąd głównie z nowojorskich rapsodii o ciężkim życiu we dwoje i jeszcze cięższej samotności - zabrał tym razem kamerę do słonecznej Portugalii. Wypuścił swoich bohaterów na uliczki ...
Filmweb sp. z o.o.
  • recenzja kinowa Frankie (2019)
"Ludzie czasem nie widzą tego, co dzieje się tuż przed ich oczyma" - zapewnia bohaterka nowego filmu Iry Sachsa. Cóż, święte słowa. Ian (Ariyon Bakare) nie widzi na przykład, że jego żona Sylvia (Vinette Robinson) już go nie kocha. Gary (Greg Kinnear) nie dostrzega, że jego dziewczyna Irene (Marisa Tomei) nie kochała go nigdy. Jimmy (Brendan Gleeson), mąż tytułowej Frankie (Isabelle Huppert), nie dopuszcza z kolei do wiadomości, że kobieta powoli żegna się ze światem. I choć wszyscy obchodzą się z miłością jak dziecko z zapałkami, celuloid raczej z tego powodu nie płonie.

Sachs - znany dotąd głównie z nowojorskich rapsodii o ciężkim życiu we dwoje i jeszcze cięższej samotności - zabrał tym razem kamerę do słonecznej Portugalii. Wypuścił swoich bohaterów na uliczki przepięknej Sintry, nakazał im dreptać po bruku, podziwiać zabytki, a przy okazji prowadzić rozmowy o Erosie i Tanatosie. Skojarzenia z późnym Allenem będą na miejscu, co w przypadku Sachsa jest jednak obelgą - zwłaszcza, że trudno posądzić go o to, by grzązł dotąd w melodramatycznych koleinach i kleił swoje filmy z autocytatów. Filmowa rodzina buja się po pięknie sfilmowanych miejscach, jej członkowie teoretycznie mówią i robią interesujące rzeczy. Tyle że reżyser nie potrafi nadać tym słowom i czynom jakiejkolwiek wagi. Wszyscy są tu ledwie aneksem do samej Frankie, postaci raczej nieciekawej, dwuwymiarowej, która - gdyby nie trawiąca ją śmiertelna choroba - byłaby wdzięcznym obiektem satyry na tzw. "wysoką sztukę".

Kobietę widzimy po raz pierwszy, gdy kąpie się nago w hotelowym basenie, a na ostrzeżenie o paparazzich odpowiada: "Spokojnie, jestem fotogeniczna". Jeśli dodacie do tego fakt, iż z nieznośną, autoironiczną manierą gra ją Isabelle Huppert, wszystko staje się jasne: Frankie to raczej efektowna figura niż pełnokrwista postać; fantazja o wielkiej gwieździe kina, która musi skonfrontować się z własną śmiertelnością. Scena, w której zostaje zaproszona przez lokalną fankę na urodziny, ma w sobie mnóstwo emocjonalnej prawdy: Huppert to wciąż jedna z niewielu aktorek, która pojedynczym spojrzeniem potrafi zaakcentować frustrację i kurtuazję, zażenowanie i świadomość konwenansu. Lecz podobnych scen jest jak na lekarstwo. Dominują raczej te, w których odstawia francuską wersję Glorii Swanson z "Bulwaru zachodzącego słońca".

Sachs ma ucho do dialogów, jego wyobraźnia produkuje zabawne, absurdalne miniatury, a hollywoodzcy profesjonaliści dają z siebie dokładnie tyle, na ile się umówili. No i nic dziwnego, że z całej tej gadaniny układa się w końcu, by zacytować znajomego dziennikarza, "mądra i ciepła opowieść o odchodzeniu". I cóż, Sachs to faktycznie mądry facet. Będę się jednak upierał, że ciepła to nie to samo co letnia.
Czy uznajesz tę recenzję za pomocną? 100% uznało tę recenzję za pomocną (2 głosy).
Michał Walkiewicz
ocenia ten film na:
1 10 5/10 średni
Ostatnio odwiedzone
wyczyść historię