Recenzja filmu Dziedzictwo. Hereditary (2018)
Ari Aster

Krew z krwi

Ari Aster nakręcił horror, który zarazem gładko wpisuje się w tradycję gatunku jak i brawurowo rozsadza jego ramy. Jeśli bowiem odsączymy scenariusz "Dziedzictwa" z elementów grozy, okaże się, że ...
Filmweb sp. z o.o.
Ari Aster wygląda może jak ułożony docent kulturoznawstwa, ale pomysły ma z piekła rodem. Bohaterami jego wczesnych krótkometrażówek byli poeta molestowany seksualnie przez własnego syna, everyman nękany przez włochate monstrum oraz matka-trucicielka przerażona perspektywą rozłąki z dorastającym dzieckiem. Błyskotliwe miniatury, w których koszmar przegryza się z absurdem, a Roman Polański niespodziewanie podaje rękę Toddowi Solondzowi, dowodzą, że 31-letni reżyser wkroczył w świat kina z gotowym arsenałem artystycznych obsesji. W jego filmach nieszczęścia, które spotykają postaci, niemal zawsze mają związek z rodziną. Aster nie boi się łamać tabu, igrać z oczekiwaniami publiki. Przyświeca mu jeden cel: wzbudzić w widzu dojmujący dyskomfort.

         
W "Dziedzictwie. Hereditary" autorska taktyka nie zmieniła się ani na jotę. O ile jednak krótkie dzieła Astera dopiero zwiastowały narodziny filmowca dużego formatu, pełnometrażowy debiut jawi się już jako dzieło dojrzałego mistrza. Twórca "Beau" nakręcił horror, który zarazem gładko wpisuje się w tradycję gatunku jak i brawurowo rozsadza jego ramy. Jeśli bowiem odsączymy scenariusz "Dziedzictwa" z elementów grozy, okaże się, że mamy do czynienia z ciężkim jak ołów rodzinnym dramatem. Opowieścią o toksycznych relacjach rodziców z dziećmi, niemożliwych do zagojenia ranach na sercu oraz o żmudnym procesie wychodzenia z żałoby. Utwór Astera budzi również skojarzenia z antyczną tragedią, w której nad głowami bohaterami niczym miecz kata wisi fatum. Nieprzypadkowo centralnym symbolem filmu reżyser uczynił makietę przypominającą domek dla lalek. Miejsce, nad którym kontrolę zdaje się sprawować złowieszcza wyższa siła.
    
Grahamom właśnie zmarła babcia. Z wyjątkiem najmłodszej członkini rodu, 13-letniej Charlie (Milly Shapiro), familia nie wydaje się przejęta odejściem seniorki. Ba, można wręcz odnieść wrażenie, że  domownicy odczuwają ulgę. Starsza pani miała trudny charakter, w dodatku cierpiała ponoć na zaburzenia psychiczne. Życie z nią pod jednym dachem z pewnością nie było sielanką. Po pogrzebie każdy wraca do swoich zajęć. Stateczny, zrównoważony ojciec  (Gabriel Byrne) poświęca się pracy w szpitalu, matka-artystka (Toni Collette) skupia się na tworzeniu miniaturowych instalacji inspirowanych scenami z życia rodzinnego. Charlie konstruuje upiorne laleczki, a jej nastoletni brat (Alex Wolff) rozpala bongo i oddaje się fantazjom na temat szkolnej koleżanki. Reżyser nie zamierza bynajmniej uśpić naszej czujności. Już od pierwszej sceny daje do zrozumienia, że nad Grahamami kłębią się burzowe chmury. Z kinowych głośników sączy się groźne buczenie, jeden zły omen goni następny, powietrze ma elektryczny smak. Lada chwila strzeli piorun.


W filmie Astera nie brakuje makabrycznej przemocy oraz zwrotów akcji godnych Alfreda Hitchcocka. Są ukłony w kierunku Stephena Kinga, Robina Hardy'ego, Nicolasa Roega czy wspomnianego już Polańskiego. Mimo mnogości inspiracji "Dziedzictwo" wydaje się jednak dziełem zaskakująco organicznym, a przy tym zupełnie nieprzewidywalnym. Reżyser myli tropy: zmienia punkty widzenia, potrafi bez ostrzeżenia przekierować opowieść na nowe tory, a w razie potrzeby rozrzedzić depresyjną aurę ociupiną ciepła bądź humoru. Przede wszystkim jednak nigdy nie traci z pola widzenia bohaterów. W bodaj najbardziej zatrważającej scenie filmu debiutant celowo opóźnia montażowe cięcie, zawieszając oko kamery na udręczonej, zastygłej w przerażeniu twarzy. Konwencja pęka. Horror ustępuje miejsca wiwisekcji traumy. Było strasznie, teraz zrobiło się nieprzyjemnie.

"Dziedzictwo" uwiera, szokuje i drażni. Trudno jednak wyrugować je z pamięci. To w równej mierze zasługa precyzyjnie skonstruowanego scenariusza jak i fenomenalnej strony audiowizualnej, za którą odpowiadają m.in. awangardowy saksofonista Colin Stetson oraz polski operator Paweł Pogorzelski. Pierwszy zadbał o upiorną oprawę muzyczną, w której przesterowane dźwięki klarnetów mieszają się z gardłowym pomrukiem rodem z tybetańskich świątyń. Drugi odpowiedzialny jest za hipnotyzujący taniec kamery oraz ekranową atmosferę z pogranicza jawy i snu. Najcenniejszym sprzymierzeńcem Astera jest jednak odtwórczyni głównej roli, Toni Collette. Jej psychicznie pokaleczona, neurotyczna Annie Graham to zarazem postać wyjęta z Bergmanowskiej  psychodramy jak i klasyczna "królowa krzyku", godna następczyni Shelley Duvall z "Lśnienia". Gdyby oscarowa kapituła była mniej zachowawcza i przestała traktować kino grozy jako pośledni gatunek, Collette złotą statuetkę miałaby jak w banku. Cała nadzieja w amerykańskim dystrybutorze "Dziedzictwa", firmie A24, która w ostatnich latach wyrosła na czarnego konia w wyścigach po nagrody filmowe.


Zwłaszcza, że dzieło Astera pomimo horrorowych proweniencji opowiada w gruncie rzeczy bardzo życiową historię. Tytułowa spuścizna ma przecież związek z genami oraz wychowaniem - spadkiem, który - chcąc, nie chcąc - otrzymujemy po rodzicach i dziadkach. Ani się człowiek obejrzy, a zaczyna mówić, wyglądać i zachowywać się jak oni. Popełnia te same błędy, częstuje otoczenie podobnymi radami. Wszyscy jesteśmy więc jak bohaterowie "Dziedzictwa" - naszą egzystencją zza grobu sterują przodkowie.
Czy uznajesz tę recenzję za pomocną? 86% uznało tę recenzję za pomocną (152 głosy).
Łukasz Muszyński
ocenia ten film na:
1 10 9/10 rewelacyjny

przeczytaj również recenzje użytkowników (2)