Recenzja filmu Najlepsze lata (2018)
Jonah Hill

Lato wszędzie

Deska, pizza, kumple, browar, wreszcie – uraz głowy, pierwszy seks, dziwne tabletki od pana doktora, ucieczka przed policją. Hill dorzuca kolejne anegdoty do opowieści, której słuchaliśmy już ...
Filmweb sp. z o.o.
Widziałem już wystarczająco dużo filmów, by wiedzieć, że nie było lepszego czasu i miejsca na dojrzewanie niż Ameryka lat 90. Cola miała wówczas najsłodszy smak, raperzy smażyli najtłustsze bity, a Nintendo tworzyło najlepsze gry (SNES forever!). Debiutujący za kamerą Jonah Hill nie robi zbyt wiele, by zmienić tę optykę. Nie szkodzi – "Najlepsze lata", nawet jeśli utwierdzają nas w przekonaniu, że lepiej już było, są bezpretensjonalne jak pocztówka z wakacji i beztroskie jak przejażdżka na desce.

photo.title

Hill, rocznik 83, dorastał w Kalifornii, która bujała się do rytmu kawałków N.W.A i drżała po trzęsieniu ziemi spowodowanym eskalacją napięć na tle rasowym. Ten świat, liżący rany po sprawie Rodneya Kinga, krwawych zamieszkach i potężnej recesji, istnieje gdzieś poza kadrem. W centrum reżyser ustawia dzieciaka o chmurnym spojrzeniu, z burzą gęstych loków na głowie i tajfunem pod czaszką. Grający go Sunny Suljic dał popis rebelianckiej ekspresji w grze "God of War", w której wcielał się w postać bezlitośnie musztrowanego spadkobiercy boskiej potęgi. Tutaj, choć obnosi podobną minę, ma nieco inne pragnienia: chciałby znaleźć uznanie w oczach nowo poznanych kumpli, doświadczyć pierwszych erotycznych uniesień, zarobić na parę jordanów i nauczyć się paru trików na deskorolce. Moment, w którym godziny bezowocnych treningów wreszcie przynoszą skutek, to jedna z najpiękniejszych scen dziecięcej ekscytacji w kinie ostatnich lat.

Film Hilla rozpoczyna inna, lecz naładowana podobną kinetyczną energią, scena: na małoletniego bohatera spada grad ciosów jego starszego brata. Nakręcona jest w statycznym ujęciu, czuć zarówno impet kolejnych uderzeń, wzbierającą agresję napastnika, jak i dramatyczną bezradność ofiary. To trochę obietnica bez pokrycia. Hill jest oczywiście na tyle świadomym i inteligentnym twórcą, by zdejmować od czasu do czasu różowe okulary. Jednakże zabawa wektorami rodzinnych relacji oraz rozgryzanie ich charakteru to w jego filmie jeden wielki blef; sfera potraktowana nieco zbyt powierzchownie, sprowadzona do kilku obyczajowych scenek oraz paru umoralniających rozmów (w buty mentora wchodzi tu jedyny ambitny deskorolkowiec na kwadracie). Szkoda zwłaszcza niedogotowanego wątku relacji z bratem – jak zawsze wybitny Lucas Hedges zamienia swojego bohatera w rozpędzoną kulę nienawiści, we wnętrzu której tli się autentyczne i gorące uczucie. 

photo.title

Deska, pizza, kumple, browar, wreszcie – uraz głowy, pierwszy seks, dziwne tabletki od pana doktora, ucieczka przed policją. Hill dorzuca kolejne anegdoty do opowieści, której słuchaliśmy już dziesiątki razy, często w lepszym wydaniu. Czyni to jednak z taką literacką lekkością, tak dużą świadomością filmowej materii i z pomocą tak naturalnych, młodych aktorów, że zarzut dyskontowania naszej nostalgii raczej nie przejdzie Wam przez gardło. Nawet jeśli mamy dzisiaj lepszą colę, tłustsze bity i fajniejsze gry.
Czy uznajesz tę recenzję za pomocną? 100% uznało tę recenzję za pomocną (12 głosów).
Michał Walkiewicz
ocenia ten film na:
1 10 7/10 dobry
Ostatnio odwiedzone
wyczyść historię