Recenzja filmu Przynęta (2019)
Mark Jenkin

Ludzie i ryby

Film Jenkina to imponująca panorama świata odchodzącego w przeszłość, w której monochromatyzm pozostaje kwestią formalną, a nie intelektualną. Reżyser widzi w postępującej gentryfikacji naturalną ...
Filmweb sp. z o.o.
  • recenzja kinowa Przynęta (2019)
Powracają w filmie Marka Jenkina obrazy ryb zaplątanych w sieci, skorupiaków wierzgających w pułapce bez wyjścia. Bohaterowie, członkowie niewielkiej społeczności rybackiej u wybrzeży Kornwalii, uwalniają je z taką czułością, jakby sami musieli walczyć o każdy haust powietrza. Żadnych gwałtownych ruchów, to tylko gentryfikacja.

photo.title

Martin, rybak z dziada pradziada, znosi turystyczną apokalipsę gorzej niż cała reszta. Grający go kornwalijski komik Edward Rowe, z żelazną brodą, twarzą przypominającą zaciśniętą pięść i łapami niczym bochny chleba, wygląda jak wyciosany w litej skale. Wystarczy spojrzeć na jego zafrasowane oblicze, wyczuć pulsującą pod grubą skórą wściekłość, by zrozumieć, o co toczy się gra. Martin stoi na straży wielowiekowej tradycji i z przerażeniem obserwuje, jak umiłowana rzeczywistość osuwa się w nicość. Brat zamienia swój kuter w statek wycieczkowy, syn szczerzy się na widok wielkomiejskich dziewczyn, zaś dom, który go wykarmił, staje się naraz pensjonatem dla okupanta. A więc wojna - od spontanicznej partyzantki, po klasowy konflikt na pełną skalę.

Chociaż Martin prowokuje oczywiste skojarzenia z wszystkimi błędnymi rycerzami literatury i kina, Jenkin nie przedstawia go jako małomiasteczkowego superherosa i nie przyznaje mu wyższej, moralnej racji. Jego film to imponująca panorama świata odchodzącego w przeszłość, w której monochromatyzm pozostaje kwestią formalną, a nie intelektualną. Reżyser widzi w postępującej gentryfikacji naturalną kolej rzeczy - pokazuje zagrożenia związane z napływem bogatej ludności na prowincję, lecz nie demonizuje tego procesu, nie pogrzmiewa z wysokości na establishment. Nadaje to jego bohaterowi tragiczny rys, zaś w jego adwersarzach pozwala dostrzec kogoś więcej niż bezosobową tłuszczę. Oczywiście, jako rodowity Kornwalijczyk, serce ma po odpowiedniej stronie, lecz jest na tyle świadomym filmowcem, by nie boksować na oślep.

photo.title

Pomimo tej subtelności - kiełkującej paradoksalnie na gruncie ultraekspresyjnego aktorstwa oraz przyciężkich środków stylistycznych - naprawdę ciężko mi pogodzić się z estetyczną koncepcją filmu. Nakręcona staroszkolnym boleksem na szesnastomilimetrowej taśmie "Przynęta" wygląda momentami, jakby Murnau i Maddin stroili sobie żarty z Kena Loacha. Ekspresjonistyczna gra światłem i cieniem, chropowata faktura obrazu, kolejne ukłony wobec radzieckiej szkoły montażu, zabiegi rodem z kina niemego oraz dialogi rozegrane wyłącznie na kontrujęciach składają się na cały festiwal przedwojennych atrakcji. Jasne, wszystko to bardzo efektowne, stanowi jakąś metaforę piasków czasu i pasuje do opowieści o płonącym raju. Będę się jednak upierał, że jest najzwyczajniej w świecie męczące.

"Przynęta" staje się w konsekwencji czymś wewnętrznie sprzecznym. Społecznikowski żar zostaje tutaj przygaszony kinem przez monstrualne K, zaś całość - choć imponująca formalnie , doskonale zagrana i nieoczywista w wymiarze krytycznym - zamienia się w filmoznawczy quiz z oczywistymi odpowiedziami.
Czy uznajesz tę recenzję za pomocną? 50% uznało tę recenzję za pomocną (4 głosy).
Michał Walkiewicz
ocenia ten film na:
1 10 6/10 niezły
Ostatnio odwiedzone
wyczyść historię