Recenzja filmu Król Lew (1994)
Maria Piotrowska
Joanna Wizmur

Lwi transfer w 3D

"Król Lew" to ciągle kawałek historii kina i imponujące widowisko, ale kto od 1994 roku widział w animacji to i owo, może pożałować powrotu do Afryki.
Filmweb sp. z o.o.
  • recenzja kinowa Król Lew (1994)
Legenda powraca. By zarobić jeszcze więcej. Na szczęście nie w jednym ze słabych sequeli, z którymi studio Disneya niszczy od lat dziecięce gusta. "Król Lew" doczekał się dwóch takich kontynuacji, ale  teraz, po 17 latach swoją drugą szansę w kinach dostaje oryginalny film z 1994 roku – tyle że przetransferowany do formatu 3D. Inaczej niż w przypadku odświeżonego "Toy Story", na warsztat poszła animacja rysowana, ale jednak nie całkiem klasyczna. W latach 90. produkcje Disneya były estetycznym zjawiskiem na miarę "Avatara", m.in. dzięki użytym pioniersko efektom komputerowym. Słynna sekwencja pędu zwierząt powstała dzięki użyciu grafiki trójwymiarowej, jedynie pocieniowanej tak, by udawała klasyczny rysunek. Robotę komputerów widać też w sposobie, w jaki połączono poszczególne plany, by uzyskać efekt rozległych afrykańskich plenerów. Cała ta misterna robota może zyskać w 3D dodatkowe kolory, ale trudno jej konkurować z osiągnięciami współczesnych cyfrowych czarodziejów. Tym bardziej, że od początku lat 90. (gdy film wszedł do produkcji), zmieniły się nie tylko techniki animacji.

Na etapie rozwoju scenariusza, nie bez podstaw, określano "Króla Lwa" jako połączenie opowieści o jelonku Bambi i Hamlecie. Biorąc pod uwagę fakt, że to produkt familijny, projekt był na swój czas odważny – twórcy podejmowali temat zdrady, odpowiedzialności i cykliczności życia (to bodaj pierwszy film Disneya, w którym pokazana jest śmierć jednego z głównych bohaterów). Takie podejście przyczyniło się do ogromnego sukcesu w box-offisie i sprzedania ponad 50 milionów kopii filmu na nośnikach przenośnych. "Król Lew" to szczyt renesansu, jaki studio Disneya przeżyło w latach 90. Następna dekada miała przynosić już tylko rozczarowania.

W dużym stopniu na ten tryumf złożyła się przebojowa ścieżka muzyczna, bo zgodnie z filozofią studia widowisko zostało pomyślane w dużej mierze jako musical. Piosenki oddają większą część fabuły, co sprawia, że nie należy ona do szczególnie pogłębionych. Rzutuje to oczywiście na charakterystyki bohaterów. Kiedy bardziej pamięta się wrażenia z seansu sprzed lat niż sam film, łatwo zapomnieć, że ta "epicka" opowieść trwa ledwie 80 minut. Nie ma więc wiele czasu na rozwijanie bohaterów czy mierzenie się z dramatami, których sens nie mieściłby się w słowach wpadającej w ucho piosenki. Nie brak tu więc dramaturgicznych skrótów i uproszczeń.

Złowrogi i przebiegły Skaza, kiedy tylko wymaga tego sytuacja, daje podręcznikowe przykłady imbecylizmu. A Simba w dorosłej postaci wydaje się równie niedojrzały, jak w dzieciństwie i doprawdy nie wiadomo, dlaczego pod jego rządami zwierzętom miałoby być lepiej niż pod ciężką łapą wuja. Najmłodszych widzów, odbierających film bardziej wrażeniowo, nie będzie to pewnie wytrącało z rytmu. Jednak bohaterowie Pixara nie robią nam dziś takich numerów. "Król Lew" to ciągle kawałek historii kina i imponujące widowisko, ale kto od 1994 roku widział w animacji to i owo, może pożałować powrotu do Afryki. Nostalgiczna wycieczka na własny rachunek.
Czy uznajesz tę recenzję za pomocną? 19% uznało tę recenzję za pomocną (322 głosy).
Darek Arest
ocenia ten film na:
1 10 7/10 dobry

przeczytaj również recenzje użytkowników (9)

zobacz wszystkie