Recenzja filmu Rodziny się nie wybiera (2018)
Dany Boon

Niepamięć

Zabawna i wzruszająca zarazem opowieść o akceptowaniu własnych korzeni i ponownym ustalaniu listy życiowych priorytetów. Reżyser umiejętnie wygrywa humor sytuacyjny, farsę doprawia szczyptą ...
Filmweb sp. z o.o.
Będąc synem muzułmanina i katoliczki wychowanym w regionie, który części Francuzów jawi się się jako ostatni krąg piekła, Dany Boon nie raz musiał spotkać się uprzedzeniami i krzywdzącymi stereotypami. Trudno się więc dziwić, że w jego komediach bohaterowie  regularnie dostają szansę, by zrewidować mylne poglądy na temat innych ludzi. W "Jeszcze dalej niż północ" kierownik poczty odkrywał, iż wbrew obiegowej opinii mieszkańcy Pikardii to uroczy ludzie. W "Nic do oclenia" para celników z graniczących ze sobą krajów uczyła się współpracy pomimo różnic kulturowych. Z kolei "Agentka specjalnej troski" udowadniała zadufanym facetom, iż kobieta może zrobić karierę w elitarnej jednostce policji. Najnowszy film Boona "Rodziny się nie wybiera" kontynuuje sprawdzoną strategię artystyczną - humor raz jeszcze okazuje się skutecznym narzędziem do zasypywania podziałów. Tym razem między miastem a prowincją.


Grany przez reżysera Valerian jest pieszczochem paryskiej socjety. Projektuje designerskie meble dla bogatych i wpływowych, udziela wywiadów poczytnym magazynom, a jego wernisaże obecnością zaszczyca sama minister kultury. W życiu zawodowym jak i prywatnym u boku bohatera stoi utalentowana, piękna Constance. Sielankę przerywa niespodziewane pojawienie się krewniaków Valeriana, o których nikt nie miał dotąd pojęcia. Hałaśliwa i nieokrzesana familia z prowincji, posługująca się w dodatku trudnym do zrozumienia dialektem (tzw. Ch'ti), nie pasuje do wymuskanego wizerunku mężczyzny rodem z okładki "Esquire'a". Kiedy więc pewien podstępny paparazzi zamierza ujawnić sekret projektanta, ten w desperacji rusza za nim w pogoń. W efekcie doznaje jednak poważnego urazy głowy. Gdy budzi się w szpitalu, jest przekonany, że ma 17 lat i wciąż mieszka z rodzicami i bratem w wiosce na północy Francji.


Tak zaczyna się zabawna i wzruszająca zarazem opowieść o akceptowaniu własnych korzeni i ponownym ustalaniu listy życiowych priorytetów. W otwarciu filmu Valerian definiuje swoją twórczość jako pustką wypełnioną znaczeniami. Prawda jest tymczasem taka, że tworzone przez bohatera meble są niefunkcjonalne i stanowią zagrożenie dla kręgosłupów. Sam projektant jawi się z kolei jako oderwany od rzeczywistości niesympatyczny snob. Czytelnym symbolem przemiany, jaka zachodzi w mężczyźnie po wypadku, jest jego podejście do wyposażenia wnętrz. Wydumane, abstrakcyjne pomysły idą na śmietnik. Kluczową rolę zaczynają odgrywać komfort, wygoda, przytulność. Słowem, wszystko to, czego szukają zazwyczaj osoby urządzające dom dla całej rodziny. Reżyser nie ukrywa, że familia Valeriana idealna nie jest - gnuśny brat nie wylewa za kołnierz, matce brakuje taktu i ogłady, ojciec zdradza objawy starczego zdziwaczenia. Miłość oraz oddanie, które mężczyzna otrzymał od najbliższych, są jednak więcej warte niż platynowa karta kredytowa albo apartament w centrum miasta.


Boon nie jest twórcą subtelnym. Postaci (z wyjątkiem Constance, która tylko na pierwszy rzut oka wydaje się zimną karierowiczką) rysuje grubą krechą, inteligentne żarty przeplata niewybrednymi żarciochami, zaś jego satyra na nabzdyczoną paryską bohemę trąci naftaliną (ile to już razy oglądaliśmy na ekranie sączących winko pretensjonalnych artystów?). Klisze i fabularne niezręczności nie odbierają jednak filmowi uroku. Reżyser umiejętnie wygrywa humor sytuacyjny, a farsę doprawia szczyptą autentycznej czułości. Przed kamerą dzielnie wspierają go aktorzy, zwłaszcza brylujący na drugim planie Guy Lecluyse oraz Line Renaud.  Koniec końców komedia Boona przypomina, że rodzina nie musi dobrze wychodzić na zdjęciach, by być naszą najtrwalszą opoką.
Czy uznajesz tę recenzję za pomocną? 71% uznało tę recenzję za pomocną (7 głosów).
Łukasz Muszyński
ocenia ten film na:
1 10 7/10 dobry