Recenzja filmu Venom (2018)
Ruben Fleischer

Zabawne: Fleischer zadbał o to, by poprawić wymowę słowa "symbiot" (w zwiastunie Jenny Slate mówiła jeszcze "sym-BAJ-ot"), ale nie zdecydował się, jaki film chciałby nakręcić. Wyszło mu więc coś ...
Filmweb sp. z o.o.
  • recenzja kinowa Venom (2018)
Venom to bohater dość schizofreniczny, nie tylko dlatego, że permanentnie mówi o sobie w liczbie mnogiej. Niby wrażliwy i czuły, ale obdarzony mięśniami Arnolda i zębami Obcego. Niby dziki i krwiożerczy, ale regularnie lamentujący nad cierpieniem niewinnych. Niby mroczny i poważny, ale w sposób, który przemawia głównie do 9-letnich chłopców. Kiedy widzieliśmy go ostatnio, był rzekomo głównym czarnym charakterem w "Spider-Manie 3" Sama Raimiego. W rzeczywistości stanowił jednak niezbyt trafiony dodatek do i tak niezbyt udanej całości. Nie ma się co dziwić, że widowisko o solowych przygodach kosmicznego symbiota również pozostaje tworem cokolwiek schizofrenicznym i wewnętrznie skonfliktowanym. Bo na ekranowych kłótniach Eddiego Brocka z Venomem sprawa się nie kończy: kino kłóci się tu z komiksem, reżyser z gatunkowymi normami, scenarzyści z samymi sobą, a gwiazda filmu – z całym filmem. Symbiozy nie stwierdzono.

photo.title

Na pierwszy rzut oka "Venom" wygląda jak współczesne "jakościowe" kino komiksowe. Obsada to pierwsza liga z Tomem Hardym na czele. Stojący za kamerą Ruben Fleischer ma na koncie geekowski "Zombieland", a w wywiadach deklarował szacunek dla pierwowzoru, podpierając się tytułami komiksów o Venomie. W obowiązkowym epizodziku pojawia się Stan Lee, a na końcu mamy nawet scenę po napisach. Pozornie wszystko gra, mimo to "Venom" sprawia wrażenie, jakby przybył do nas z przeszłości. Z czasów, gdy nikt nie myślał o żadnych kinowych uniwersach, zeszytowy pierwowzór traktowano protekcjonalnie bądź pretekstowo, a na ekranie starano się jakoś zatuszować obciachowość komiksowego rodowodu. O ironio, efekty takiego podejścia zazwyczaj dawało się oglądać dopiero, kiedy już pogodziliśmy się z faktem, że film będzie dużo bardziej obciachowym niż mogłyby być owe komiksy.

Żeby jednak nie było: "Venommiał pod górkę, zanim jeszcze padł pierwszy klaps na planie i zanim napisano pierwsze zdanie scenariusza. Wszystko oczywiście przez biznesowe spory o to, które studio może posługiwać się którym znakiem towarowym. Efekt jest taki, że w filmie o symbiocie brakuje najbardziej symbiotycznej spośród jego relacji – tej ze Spider-Manem. A po odchudzeniu Eddiego Brocka (Hardy) o napiętą więź z Człowiekiem-Pająkiem zostaje nam niewiele. Oto szlachetny dziennikarz zadziera z potężną korporacją, która po trupach prowadzi badania nad pozaziemską formą życia, tajemniczą symbiotyczną mazią. Oczywiście kosmiczny pasożyt odnajdzie w Eddiem wdzięcznego żywiciela, po drodze będzie trochę turbulencji, ale w końcu panowie zajmą się wspólnie szczerzeniem zębisk, mlaskaniem jęzorem i wyglądaniem cool. Na plakat wystarczy, na film już nie.


Zabawne: Fleischer zadbał o to, by poprawić wymowę słowa "symbiot" (w zwiastunie Jenny Slate mówiła jeszcze "sym-BAJ-ot"), ale nie zdecydował się, jaki film chciałby nakręcić. Wyszło mu więc coś równie bezkształtnego co pozbawiony nosiciela Venom. Mniejsza o to, że widowisko wpada w pułapkę "genezy bohatera" i rozpada się na trzy części; "Iron Man" czy "Batman – Początek" pokazały, że da się z tym żyć. Gorzej, że tonacja filmu niezdrowo oscyluje między dramatem ostatniego sprawiedliwego reportera a slapstickową komedią o facecie gadającym do siebie. Hardy zachowuje się, jakby miał nadzieję, że mamrocząc i gestykulując jakoś przez to wszystko przebrnie. Michelle Williams jest tak drętwa, że niechcący uprzedza pierwsze zwiastuny kryzysu w związku Eddiego i jego ukochanej Anne. Riz Ahmed jako technokrata bez skrupułów robi wszystko, co może, by nadać odrobinę charakteru swojemu czarnemu charakterowi – na próżno. Ani przemowa o tym, że ludzie to pasożyty, ani anegdota o Abrahamie i Izaaku, ani kompleks boga nie zatrą wrażenia, że gra on etatową blockbusterową makietę. To nie postać, ale element scenografii. A kiedy pojawia się wreszcie godny Venoma przeciwnik, nawet on okazuje się po prostu mdłą kopią naszego (anty)bohatera. Sceny akcji? Tak, są tu takie. Trudno o nich coś więcej powiedzieć.   

Szkoda, bo był tu potencjał na intrygujący, iście cronenebrgowski body- i psycho-horror. Niestety, "Venomowi" brakuje poczucia grozy, jakie niesie bliskie spotkanie trzeciego stopnia. Dla Fleischera symbiot jest po prostu gadającą mazią, na dodatek obdarzoną całkiem "ludzkim" charakterem. W komiksach pasożyt był niemy, komunikował się ze swoim nosicielem bez słów, pozostawiał mu rolę egzegety i trybuna. To niedopowiedzenie intrygowało i fascynowało. Filmowy Venom przemawia zaś wprost, łopatą, komicznie tubalnym głosem. Jakimś cudem komiksy o tym, że czarny Spider-Man z zębami bije po głowie dobrego, niebiesko-czerwonego Spider-Mana, miały w sobie więcej subtelności niż pierwszoligowy hollywoodzki blockbuster.

photo.title

Nic zatem dziwnego, że niektórzy bronią tego filmu jako komedii (mniejsza o to, czy faktycznie zamierzonej). Kiedy pierwsze 40 minut jest nudne, drugie 40 minut jest śmieszne, a ostatnie 40 minut po prostu głupie, wybór wydaje się prosty: trzeba postawić na humor. A co, jeśli powiem, że ów humor nijak się ma do śmiertelnie rutynowej reszty filmu? Zaraz ktoś przytoczy słowa Hardy'ego, że z filmu wycięto jego ulubione sceny. Zaraz znajdzie się petycja, by przywrócić światu te zaginione perły kinematografii (podobne petycje to przecież normalka dla fanów kina komiksowego). A co jeśli powiem, że sceny, w których skołowany Eddie dialoguje z głosem w swojej głowie, faktycznie mają pewien urok? Tylko ostrzegam: będę musiał dodać, że to urok obserwowania prawdziwej filmowej katastrofy.
Czy uznajesz tę recenzję za pomocną? 33% uznało tę recenzję za pomocną (294 głosy).
Jakub Popielecki
ocenia ten film na:
1 10 3/10 słaby

przeczytaj również recenzje użytkowników (1)