Recenzja filmu Il cratere (2017)
Luca Bellino
Silvia Luzi

Piosenki znad krawędzi

Oglądając film, nie mamy właściwie pewności, gdzie wyrysowano linię pomiędzy prawdą a fikcją, grą do kamery a rejestracją powszedniego znoju. W naturalny sposób pączkuje więc na ekranie ten ...
Filmweb sp. z o.o.
"Kratetttr" to film balansujący na kilku cienkich granicach: fabuły i dokumentu, emocjonalnego drenażu i chłodnej obserwacji, wreszcie – empatii i połajanki. A jednak właśnie w tym rozchwianiu tkwi jego największa siła. Obraz Luki BellinoSilvii Luzi ogląda się niczym relację z wewnętrznego konfliktu toczonego przez bohaterów i twórców. Ta walka – jak nietrudno się domyślić – przenosi się również na widza.

photo.title

Fabułę można streścić na kawiarnianej serwetce. Oto obdarzona talentem wokalnym nastolatka stawia pierwsze kroki na lokalnych scenach, zaś jej obsesyjny, nadopiekuńczy tatulek próbuje  za wszelką cenę zamienić ją w gwiazdę estrady – nawet kosztem beztroskiej młodości. Nic nowego pod słońcem, to piosenka, którą słyszeliśmy dziesiątki razy – od klasycznej "Belissimy" Viscontiego, przez "Czarnego łabędzia" Aronofsky'ego, po niedawny, doskonały dokument "Over The Limit" Marty Prus. Tym razem jednak fikcja splata się z kinem faktu na poziomie niemal komórkowym. Całość jest bowiem fabularyzowaną biografią występujących na ekranie aktorów – przeoranego życiem neapolitańczyka Rosario Caroccii oraz jego trzynastoletniej córki Sharon.

Bellino i Luzi portretują dzieje rodziny trochę w stylu włoskich neorealistów. Nie ma tu ani przesadnego melodramatyzmu, ani "laboratoryjnego" rozgryzania całej sytuacji. Narrację tkają z mało istotnych czynności i rytuałów, większość filmu wypełniają obrazy codziennej rutyny bohaterów: podróży samochodem, treningów wokalnych, wspólnych kolacji, przygotowań do występów. To z jednej strony świetnie dobrana poetyka – dzięki niej moralna ocena toksycznej relacji zostaje po naszej stronie. Z drugiej, to również nieco zbyt bezpieczna strategia twórcza, która rodzi w niepożądanych momentach dystans do bohaterów. Nawet pomimo faktu, że Rosario i Sharon są tutaj żywą definicją nieco zwietrzałej kategorii aktorskiego "autentyzmu".

Oglądając film, nie mamy właściwie pewności, gdzie wyrysowano linię pomiędzy prawdą a fikcją, grą do kamery a rejestracją powszedniego znoju. W naturalny sposób pączkuje więc na ekranie ten cudowny rodzaj dramaturgii, w którym odpowiedzią na każda akcję jest reakcja o tej samej sile i przeciwnym wektorze. Im mocniej Rosario próbuje skrępować Sharon własnymi marzeniami, tym potężniejsza narasta w dziewczynie potrzeba rebelii. Im jaśniejszym słońcem chce być ojciec, tym dalszą orbitę zajmuje córka. Nic więc dziwnego, że w końcu ta optyka przenosi się poza ekran i sami ją przejmujemy. Im mocniej twórcy forsują wizję, w której relacja bohaterów jest czymś moralnie ambiwalentnym, tym chętniej spoglądamy na film jak na inicjacyjny horror z oprawcą i ofiarą siłującymi się nad tytułowym kraterem – otchłanią nieporozumienia, której nie można wypełnić samą miłością. I choć nie jest to może zbyt fair wobec bohaterów, to – przykra sprawa – okazuje się tworzywem całkiem niezłego kina. 
Czy uznajesz tę recenzję za pomocną? 100% uznało tę recenzję za pomocną (1 głos).
Michał Walkiewicz
ocenia ten film na:
1 10 8/10 bardzo dobry