Recenzja filmu The Kindness of Strangers (2019)
Lone Scherfig

Podaj dalej

Paradoks: film opowiadający o społecznej sieci naczyń połączonych sam rozpada się na szereg niewynikających z siebie nawzajem części. Zupełnie jakby Scherfig w trakcie pisania scenariusza ...
Filmweb sp. z o.o.
"Włoski dla początkujących" opowiada historię samotnych, nieszczęśliwych ludzi, których losy dość przypadkowo zaczynają się ze sobą splatać, głosi filmwebowy opis filmu. Te same słowa można spokojnie odnieść do "The Kindness of Strangers". Po latach reżyserowania cudzych tekstów Lone Scherfig znów napisała sobie scenariusz sama; nie powinno więc dziwić, że wyszło jej coś podobnego duchem. Zamieńcie kopenhaską zimę na zimę nowojorską, zastąpcie grupę duńskich aktorów szeregiem międzynarodowych gwiazd, dajcie sobie spokój z realizowaniem wytycznych manifestu "Dogma 95" – i już. Tyle że jakoś nie "już". Pokazany na otwarcie Berlinale film miał być zastrzykiem nadziei, manifestem empatii, światełkiem w tunelu dzisiejszego burzliwego świata. Niestety, świat pozostaje na prowadzeniu.

Tytuł w zasadzie zdradza intencję filmu i spoileruje kolejne fabularne zwroty. Oto opowieść o życzliwości przychodzącej z najmniej oczekiwanej strony: od zupełnie obcych ludzi. Scherfig podąża śladami szeregu postaci, krzyżuje ich ścieżki w myśl efektu motyla i śledzi, jak okazana dobroć rozchodzi się koncentrycznie po okolicy. Fajtłapowaty Jeff (Caleb Landry Jones) wyrzuca przez okno krzesło. Znajdują je synowie uciekającej przed agresywnym mężem Clary (Zoe Kazan). Kobieta odradza jednak chłopcom adopcję mebla i ten trafia w ręce świeżo upieczonego ekswięźnia Marka (Tahar Rahim). Kawał filmu później ten właśnie Mark zaprasza tę właśnie Clarę, by usiadła na tym właśnie krześle. Wszyscy oni – i jeszcze kilkoro innych postaci – spotkają się w końcu połączeni przez profesjonalną pielęgniarkę/amatorską terapeutkę/generalną dobrą samarytankę Alice (Andrea Riseborough) oraz kiczowatą niby-rosyjską restaurację, gdzie serwuje się głównie kawior.

Choć Scherfig dawno temu zrezygnowała z Dogma-tycznego chropowatego realizmu, w "The Kindness of Strangers" konwencja "feel-good-movie" nieustannie rywalizuje z "feel-bad-movie". Choć podobne kontrasty bywają nośne, tutaj obie tonacje wydają się wchodzić sobie w drogę. Wiadomo: zanim reżyserka poklepie nas pocieszycielsko po plecach, musi nas najpierw trochę wzruszyć. Ale ciążenie ku happy endowi nie służy zasygnalizowanym po drodze poważnym problemom. Scherfig uczy, że nie ma takich tarapatów, z których nie wyciągnie cię podana w odpowiednim momencie pomocna dłoń. Niechcący jednak bagatelizuje owe tarapaty, skacząc po łebkach i odhaczając kolejne opresje. Widz się tymczasem nudzi i obojętnieje.

Najwięcej miejsca reżyserka poświęca Clarze i jej desperackiej uciecze w bezdomność przed mężem-agresorem. Narracja biegnie jednak w eliptyczny sposób, zaciemniając ciąg przyczynowo-skutkowy: nie jesteśmy w stanie zrozumieć wielu decyzji bohaterki, nie potrafimy ocenić, ile czasu upływa między kolejnymi wybojami jej losu. Paradoks: film opowiadający o społecznej sieci naczyń połączonych sam rozpada się na szereg niewynikających z siebie nawzajem części. Zupełnie jakby Scherfig w trakcie pisania scenariusza przypominała sobie: "aha, jeszcze to" i po prostu doklejała kolejne elementy na końcu fabularnego łańcuszka. Filmowy ciąg niepodprowadzonych zakochań, niewytłumaczonych frustracji i niespodziewanych rewelacji daje efekt miejscami absurdalny.

Okej, przynajmniej część tego absurdu wydaje się zamierzona. "The Kindness of Strangers" ewidentnie chce celebrować ludzi w ich ekscentryzmach, w ich nieprzystosowaniach, w ich słabościach (także w ich różnorodności i wielokulturowości: spójrzcie tylko na obsadę). Oto są w oczach Scherfig prawdziwe mierniki człowieczeństwa. Inność i dziwność to nic złego, sugeruje reżyserka, a im więcej bólu doświadczysz, tym więcej bólu dostrzeżesz i tym chętniej pomożesz komuś innemu, kogo boli. Słychać tu też oczywiście echo maksymy o "prywatnym, które jest polityczne" (zresztą hasła tegorocznego Berlinale) – tym bardziej że sponiewierani psychicznie i ekonomicznie bohaterowie cierpią w scenerii nowojorskiego przepychu. Szkoda tylko, że autorka zaraz sprowadza ten przepych do żartu: prowadzonej przez postać Billa Nighy'ego restauracji, gdzie "rosyjskość" oznacza kieliszek wódki i rockowy szlagier grany na bałałajce. Miał być koloryt, wyszedł kabaret. Jak to w kinie dobrych intencji.
Czy uznajesz tę recenzję za pomocną? 100% uznało tę recenzję za pomocną (5 głosów).
Jakub Popielecki
ocenia ten film na:
1 10 3/10 słaby