Recenzja filmu Przebudzenie dusz (2017)
Jeremy Dyson
Andy Nyman

Pogromca i duchy

"Przebudzenie dusz" to rzadki okaz: horror zrealizowany na podstawie sztuki teatralnej. Filmy ze scenicznym rodowodem kojarzą się raczej z psychodramą przy kuchennym stole albo bulwarową farsą, a ...
Filmweb sp. z o.o.
"Przebudzenie dusz" to rzadki okaz: horror zrealizowany na podstawie sztuki teatralnej. Filmy ze scenicznym rodowodem kojarzą się raczej z psychodramą przy kuchennym stole albo bulwarową farsą, a nie z szarpiącą nerwy opowieścią o nawiedzonych domach, leśnych diabłach i upiornych noworodkach. Debiutanckie dzieło Jeremy'ego Dysona i Andy'ego Nymana wolne jest od przypadłości typowych dla ekranizacji przedstawień (nadmiar dialogu + fabuła dusząca się w zamkniętych pomieszczeniach), w zamian oferując widzom solidną porcję ciarek na plecach oraz błyskotliwą zabawę ikonografią kina grozy. Jeśli szukaliście filmu, po którym będziecie bali się zasypiać przy zgaszonym świetle, trafiliście pod właściwy adres.



Bohaterem "Przebudzenia" jest naukowiec o symbolicznie brzmiącym nazwisku Goodman (Nyman). Mężczyzna prowadzi program telewizyjny, w którym demistyfikuje rzekome zjawiska paranormalne. Szkiełkiem i okiem walczy z wszelkiej maści hochsztaplerami wmawiającymi gawiedzi, jakoby mieli dostęp do gorącej linii z zaświatami. Pewnego dnia z Goodmanem kontaktuje się jego dawny idol, również spec od obalania astralnych teorii. Starzec prosi dzielnego pogromcę mitów, by ten przyjrzał się bliżej trzem niewyjaśnionym dotąd przypadkom ingerencji sił nieczystych. Uradowany bohater ochoczo przystępuje do pracy. Nie zdaje sobie jednak sprawy, że śledztwo, które prowadzi, prędzej zawiedzie go do kaplicy pogrzebowej niż na galę rozdania nagród BAFTA.



Trzy przypadki, trzech świadków, trzy nastrojowe historie z dreszczykiem. Każda retrospekcja to w zasadzie oddzielna mininowela będąca popisem formalnej zręczności oraz filmowej erudycji twórców. Dyson i Nyman (będący jednocześnie autorami scenicznego pierwowzoru) czerpią inspiracje, skąd tylko się da. W długim łańcuszku cytatów oraz mrugnięć okiem znalazło się miejsce dla leciwych horrorów z wytwórni Ealing (patrz: "U progu tajemnicy"), "Martwego zła", "Amerykańskiego wilkołaka w Londynie", azjatyckich straszaków pokroju "Dark Water", a nawet surrealistycznych dreszczowców Davida Lyncha. Co ciekawe, choć reżyserski duet zadłużył się po uszy u klasyków gatunku, "Przebudzenie dusz" wydaje się dziełem zaskakująco świeżym. Duża w tym zasługa zarówno świetnego skandynawskiego operatora Olego Bratta Birkelanda, jak i obsady. Pierwszy dostarcza mnóstwo wizualnie dopieszczonych, emanujących mieszanką grozy i niesamowitości kadrów. Z kolei aktorzy (zwłaszcza Martin Freeman oraz znany z "The End of the F***ing World" Alex Lawther) wnoszą na ekran sporo ożywczego mrocznego absurdu.



Bo "Przebudzenie dusz" – mimo że nie brakuje w nim momentów przymuszających widza do podskakiwania  ze strachu w fotelu – to jednak kino atmosfery. Z nieśpiesznie budowanym napięciem, zgrabnie podprowadzonymi zwrotami akcji oraz zaskakującymi rozwiązaniami wizualnymi. To film o demonach, które dosłownie i w przenośni ścigają bohaterów. Nieważne, jak długo będzie trwać ta ucieczka, upiory przeszłości w końcu oplotą ofiary swoimi zimnymi, bezlitosnymi mackami. Dla miłośników horroru ów chłodny uścisk powinien jednak wydać się całkiem orzeźwiający.
Czy uznajesz tę recenzję za pomocną? 76% uznało tę recenzję za pomocną (86 głosów).
Łukasz Muszyński
ocenia ten film na:
1 10 8/10 bardzo dobry

przeczytaj również recenzje użytkowników (2)