Recenzja filmu Piąta pora roku (2012)
Jerzy Domaradzki

Porozumienie ponad podziałami

Reżyser Jerzy Domaradzki i scenarzystka Natalia Pryzowicz intrygująco sugerują tu, że w pewnym wieku różnice wyrosłe z odmiennego kulturowego backgroundu po prostu znikają. Ale choć bohaterowie ...
Filmweb sp. z o.o.
Historia opowiadana w "Piątej porze roku" realizuje się w ramach najbardziej ogranej kinowej konwencji wszech czasów: filmu drogi. A jednak udaje się tu uniknąć powielania przynajmniej kilku wytartych klisz. Chociażby obsadowych.

Dzieliło ich wszystko, połączyła miłość – skąd my to znamy? Bohaterami mezaliansu nie są jednak tym razem piękni dwudziestoletni, a para ludzi zdecydowanie dojrzałych. Co więcej, w rolę amanta wciela się Marian Dziędziel, aktor kojarzący się z – delikatnie mówiąc – nieco innym typem postaci. Wiktor to oczywiście amant na miarę jego emploi: gwarzący po śląsku podstarzały lowelas grywający w kapeli disco-polo z klubu "55 plus". Ale to i tak novum w bogatym przecież repertuarze ról aktora. Partnerującej mu Ewie Wiśniewskiej bliżej do ekranowego wizerunku, z jakim ją kojarzymy. Znajdzie się jednak parę scen, gdy i ona zsuwa maskę wyniosłej damy, na przykład, by zaciągnąć się skrętem z harleyowcami.  

Nieuniknione porozumienie, które musi ostatecznie nastąpić między bohaterami, zrealizuje się między innymi ponad podziałami… muzycznymi; Wiktor preferuje bowiem dansingowe przyśpiewki, podczas gdy Barbara jest fanką Verdiego. W ciasnej przestrzeni przemierzającego kraj samochodu ich gusta znajdą się na kursie kolizyjnym, ale do katastrofy nie dojdzie. Reżyser Jerzy Domaradzki i scenarzystka Natalia Pryzowicz intrygująco sugerują tu, że w pewnym wieku różnice wyrosłe z odmiennego kulturowego backgroundu po prostu znikają. Ale choć bohaterowie odnajdują równowagę, twórcy nie zawsze umiejętnie balansują między biegunami powagi a humoru. Małym zgrzytem jest na przykład schizofrenicznie niejednolita ścieżka dźwiękowa, raz uderzająca w po preisnerowsku posępne i patetyczne tony, a po chwili kojąca wesoło brykającymi po pięciolinii nutkami. W całym filmie czuć brak zdecydowanej twórczej ręki, która przekułaby to rozchwianie na stylistyczną wyrazistość. Wystarczy porównać "Piątą porę roku" ze zgłębiającymi zbliżone słodko-gorzkie spektrum realizacjami Alexandra Payne’a – umiejętniej wyważonymi i mniej oczywistymi.   

Bo choć Dziędziel gra wbrew swemu typowi, a Śląsk nie wygląda tu jak jedna wielka kopalnia, nie brak w "Piątej porze roku" oklepanych elementów. Część z nich – jak chwilowe ochłodzenie relacji między bohaterami, wizyta u dawno niewidzianej rodziny albo epizod ze stróżami prawa – wynika po prostu z przyjętej konwencji. W paru miejscach twórcy inscenizują jednak niepotrzebne i grubo ciosane scenki, jak ta z alfonsem i prostytutką czy z nieuprzejmą policjantką na posterunku. Przypominają one niepotrzebnie, że polskie poczucie humoru zbyt często i łatwo żywi się stereotypami.

Nic jednak nie boli, bo film jest zrobiony z elegancją, jaką z pewnością docenią zwłaszcza ci widzowie, którzy sami wkraczają już w ową "piątą porę roku" swojego żywota. Pytanie tylko, ilu z nich chodzi jeszcze do kina?
Czy uznajesz tę recenzję za pomocną? 52% uznało tę recenzję za pomocną (33 głosy).
Jakub Popielecki
ocenia ten film na:
1 10 5/10 średni