Jest styl, gorzej z sensem – jeśli ktoś właśnie jego poszukuje w kinie, "Rosebush Pruning" może go mocno rozsierdzić, co czuć też było w reakcjach berlińskiej publiczności być może oczekującej
Bez wątpienia był to jeden z najbardziej wyczekiwanych filmów tegorocznego Berlinale. W obsadzie gwiazdy: Callum Turner, Elle Fanning czy sama Pamela Anderson. Za kamerą w swym drugim, po "Regentce", anglojęzycznym projekcie Karim Aïnouz – jeden z najciekawszych współczesnych reżyserów z Brazylii, kraju który po "I’m Still Here" i "Tajnym agencie" wyraźnie jest na fali wznoszącej nie tylko w europejskim obiegu festiwalowym, ale i na rynku amerykańskim. Do tego scenariusz Efthymisa Filippou – ojca greckiej nowej fali, stałego współpracownika Yorgosa Lanthimosa – oparty, co musiało działać na kinofili (posypuję głowę popiołem), na słynnych "Pięściach w kieszeni", debiucie Marco Bellocchia, który w 1965 roku wstrząsnął włoskim kinem i do dziś ma wielką moc. Być może było tego wszystkiego aż za dużo, by mogło się to skończyć się dobrze. Ale przynajmniej skończyło się z przytupem: dla wielu spektakularną, dla mnie jednak jakoś interesującą i momentami zabawną, katastrofą.
Z pierwowzorem zgadza się tu sporo. Obserwujemy życie zamożnej rodziny, która w zasadzie nie powinna już mieszkać razem, ale jakaś toksyczna siła – może siła inercji – powstrzymuje jej członków przed opuszczeniem luksusowej willi pod Barceloną. Wygodną wymówką przed tym, by stanąć na własnych nogach, jest opieka nad niewidomym ojcem (Tracy Letts) – tyle że tej oddaje się właściwie tylko najstarszy syn, Jack (Jamie Bell). U Bellocchia pierworodnego wyróżniało to, że jako jedyny pracował, Aïnouz pokazuje nam rodzinę tak bogatą (skąd te pieniądze, nie do końca wiadomo), że nie musi sobie zaprzątać głowy zarobkowaniem. Reszta rodzeństwa to złośliwa małpa Anna (Riley Keough), zakochany w starszym bracie epileptyk Robert (Lukas Gage) oraz opowiadający nam całą tę historię Ed (Turner). Cała trójka – jak mówi, nie wyłączając z niej siebie, narrator – jest przeciętna, leniwa, niezainteresowana niczym poza muzyką i modą.
To właśnie moda okaże się w filmie niezwykle istotna, bo Cristóbal Balenciaga, Jil Sanders czy Donatella Versace (dla której przygotowano specjalne miejsce – zobaczycie!) uzyskują w rodzinnym piekiełku niemal rangę greckich bogów. Czy toksycznemu status quo zagrozić może związek Jacka z ubierającą się w sieciówkach Marthą (Elle Fanning)? Obawiają się tego wszyscy prócz Eda, który dzieloną z rodzeństwem pustkę maskuję ekscentrycznością, szukając czegokolwiek, co – poza ciuchami Bottega Veneta – odróżniłoby go od reszty. Odnajduje to w tytułowym podcinaniu róż, które, jak pamiętamy z "Małego Księcia", są piękne i próżne. Tu stanowią oczywistą metaforę jego własnej rodziny – w nietzscheańskim geście zacznie je formować, by oswobodzić Jacka od obrastających go chwastów.
Wszystko odbywa się w konwencji łączącej przesadę greckiej tragedii z kampowym przegięciem, w tonie zdecydowanie lżejszym niż ten z "Pięści w kieszeni", które Adam Garbicz nazwał "najgwałtowniejszym ekranowym zwiastunem nadciągającej kontestacji, sztychem w sklerotyczny włoski tradycjonalizm". "Rosebush Pruning" jest co najwyżej szpileczką kłującą sybarytów – ulubionych chłopców do bicia kina ostatnich lat (zasłużyli, ale czy nie jest to zbyt łatwe?), kolejnym odcinkiem beki z bogaczy w stylu "W trójkącie" czy "Białego Lotosu". Najbardziej chyba pod tym względem przypomina jednak "Saltburn", które więcej widzów rozwścieczyło, niż pozyskało jako wyznawców. Podobnie pewnie stanie się z "Rosebush Pruning", który z filmem Fennell łączy znęcanie się nad swoimi bohaterami, śmiałe eksplorowanie rozmaitych perwersji (które nigdy nie są tylko seksualne) oraz zanurzenie w popkulturowym imaginarium. Dość rzec, że i tu usłyszymy (nawet dwukrotnie) Pet Shop Boys w piosence "Paninaro" o mediolańskich hedonistach, ofiarach mody lat 80.
Są to zresztą najmocniejsze sceny filmu: wyraziste i głośne, efektowne, no dobra, niech nawet będzie, że efekciarskie. Do takich Aïnouz zdecydowanie ma talent (zobacz: "Futuro Beach"), podobnie jak do napełniania swych parnych, queerowych obrazów erotyką, zawsze pięknie nakręconych przez wybitną operatorkę Hélène Louvart. Zazwyczaj też jakoś intrygujących, choć rzadko tak udanych jak "Niewidoczne życie sióstr Gusmao". Jest więc styl, gorzej z sensem – jeśli ktoś właśnie jego poszukuje w kinie, "Rosebush Pruning" może go mocno rozsierdzić, co czuć też było w reakcjach berlińskiej publiczności być może oczekującej bardziej prowokacji niż błyskotki. A przecież przejażdżką, którą oferuje film, można się cieszyć, pod warunkiem, że zaakceptuje się towarzyszące temu poczucie lekkiego zażenowania, ukłucia żenady, salwy śmiechu. Może resztą właśnie tak należałoby traktować także inne filmy napisane przez Filippou, nie biorąc całej greckiej nowej fali zupełnie na serio?
Krytyk filmowy, filmoznawca, stały współpracownik Filmwebu. Laureat Nagrody im. Krzysztofa Mętraka, członek FIPRESCI, Europejskiej Akademii Filmowej i kolegium elektorów Złotych Globów.