Recenzja filmu Terminator: Genisys (2015)
Alan Taylor

Teoretycznie

Wizyta w przyszłości się nie udała. Przynajmniej nie w takim stopniu jak oczekiwano. "Terminator: Ocalenie", choć miał swoje momenty, na wielu płaszczyznach rozczarował. Jaki jest zatem najlepszy ...
Filmweb sp. z o.o.
Wizyta w przyszłości się nie udała. Przynajmniej nie w takim stopniu jak oczekiwano. "Terminator: Ocalenie", choć miał swoje momenty, na wielu płaszczyznach rozczarował. Jaki jest zatem najlepszy sposób na kolejną część? Powrót do przeszłości. Zmienionej przeszłości. Zmienionej, ale pełnej najlepszych motywów znanych z poprzednich odsłon.

Tym sposobem jesteśmy świadkami prologu podobnego do oglądanego w "Dniu Sądu". John Connor dzielnie wiedzie rebeliantów do szturmu mającego zapewnić ostateczne zwycięstwo nad Skynetem. Jednak zwycięstwo w przyszłości nie oznacza zakończenia zmagań w innych płaszczyznach czasowych. John, cofa więc w czasie, kolejny raz, swego zaufanego żołnierza Kyle'a Reesa, by strzegł jego matkę Sarah Connor. Co jednak się stanie skoro przeszłość została całkowicie zmieniona? I co się stanie, gdy w czasie cofnie się sam John? Jakie ma ku temu pobudki?

photo.title

"Genisys" jest niczym "Dziedzictwo Bourne'a". Nadało uniwersum nowe możliwości, a producentom sposobność do kręcenia kolejnych potencjalnych sequeli. Teraz bowiem można spokojnie wyodrębnić z kilkanaście linii czasowych i w każdej z nich można osadzić kolejną opowieść. Co więcej to całe poplątanie będzie miało sens. Naciągany, ale jednak. Trzeba sobie jednak zadać podstawowe pytanie: po co idziemy na "Terminatora 5" do kina? Jeśli po spójny sens w uniwersum to możemy mieć problem z zaakceptowaniem całości. Jeśli natomiast po typową, letnią rozrywkę z kina powinniśmy wyjść zadowoleni. Trzeba tylko życzyć Arnoldowi Schwarzeneggerowi długiego życia. To on bowiem spaja to wszystko w przystępną całość.

Nad sensem widz jednak nie ma czasu się zastanawiać. Już na wstępie dostajemy pojedynek dwóch T-800, za chwilę na bohaterów dybie już T-1000. W tym wszystkim zostaje tylko pytanie: gdzie jest T-X? To jednak nie jest ważne. Ważne, że od początku nie można się nudzić. To z grubsza wystarcza, by nie zwracać uwagi na mankamenty.

Najmocniejszym punktem obrazu jest oczywiście T-800. To naprawdę zdumiewające, że żart o sposobie jego uśmiechania się wciąż potrafi bawić po tylu latach. A jednak może. Arnold co chwilę raczy nas podobnymi gagami. Jego analityczne spojrzenie maszyny na ludzkie zachowania śmieszy jak we wcześniejszych odsłonach. Co najważniejsze i tym razem jak zawsze wraca. To jest w nim najlepsze.

photo.title

Szkoda tylko, że problem stanowi pozostała cześć obsady. Emilia Clarke nie jest złą aktorką, co udowadnia choćby w "Grze o tron". Tutaj także wypada nieźle jako "nowa" Sarah Connor. Nie wytrzymuje jednak porównania z Lindą Hamilton. Tylko tyle i aż tyle, zwłaszcza dla zatwardziałych fanów. Jai Courtney natomiast musi mieć mocne plecy u producentów. Już po "Szklanej pułapce 5" powinien zostać zamknięty w odosobnionym pomieszczeniu. Tak się jednak nie stało  i w efekcie tego z kolejnej postaci w znanej serii uczynił sztywny kij bambusowy. Nie jest nawet najgorsze, że nie zbliżył się do poziomu Michaela Biehna. On po prostu nie potrafi nadać swej postaci życia i krzty charyzmy. Nawet T-800 jest bardziej spontaniczny. I kto tu jest cyborgiem?

Zostaje jeszcze Jason Clarke. Podejrzewam, że Skynet wyprodukował mniej modeli T-800 (a przecież wiemy, że robi go seryjnie) niż producenci wcieleń Johna Connora. Clarke najwyraźniej najpierw pozazdrościł Samowi Worthingtonowi jego postaci w "Ocaleniu". Przebił go bowiem pod względem tuningu, natomiast bezbarwnego w "Buncie Maszyn" Nicka Stahla pod względem aktorskim. Pod tym drugim aspektem prezentuje się natomiast podobnie jak Christian Bale. Nie jest to więc najgorszy Connor, ale do ideału nadal brakuje. Nowością jest natomiast jego misja. To zupełnie nowe spojrzenie na postać. Intrygujące posunięcie.

photo.title

Na szczęście powyższe rekompensują też relacje między bohaterami. Wszystko się zmieniło, a więc ich charaktery także. Bezbronna Sarah to melodia przeszłości, podobnie jak Reese będący "rycerzem z bajki". Nie ma też co liczyć na romantyczne dojrzewanie uczucia między nimi jak w obrazie Jamesa Camerona. Wszystko to stanowi ciekawą innowację. Dzięki zwrotom akcji do samego końca nie można być też pewnym ostatecznych wyborów protagonistów (o ile oczywiście przeżyją). 

"Teoretycznie" to chyba najczęściej powtarzana kwestia. Nie ma się jednak czemu dziwić. Seria może teraz pójść w dowolnym kierunku, którego tak naprawdę nikt dziś nie jest w stanie przewidzieć. Teoretycznie to dobrze. Teoretycznie. Jak będzie praktycznie to dopiero czas pokaże. Nowe terytoria i możliwości mogą być bowiem jak budowa Skynetu. Mogą być błogosławieństwem lub ostatecznym Dniem Sądu tego uniwersum.  
Czy uznajesz tę recenzję za pomocną? 75% uznało tę recenzję za pomocną (183 głosy).
Barcelonismo
ocenia ten film na:
1 10 7/10 dobry

przeczytaj również recenzje użytkowników (6)

zobacz wszystkie