Recenzja filmu Kochając Pabla, nienawidząc Escobara (2017)
Fernando León de Aranoa

Thug life

Moim faworytem jest scena helikopterowej obławy na kryjówkę bandyty, który nagi, z obwisłymi pośladkami i karabinem na ramieniu, ucieka na przełaj przez szaroburą dżunglę. Takich dobrych momentów ...
Filmweb sp. z o.o.
Seksowna historia pleni się jak zjadliwy wirus. Krew nie zdążyła jeszcze dobrze wsiąknąć w glebę po trzecim sezonie "Narcos", a już musimy wracać do początków narkotykowej epopei. Czerpiąc ze znanych i lubianych standardów "kina kartelowego" oraz dzięki gwiazdorskiej obsadzie – Penelope Cruz i Javierowi Bardemowi w rolach głównych – "Kochając Pabla, nienawidząc Escobara" miało być samograjem, który docenimy nie za przełomowość, ale za "klimatyczny" motyw przewodni. Mamy tutaj wszystko, co uczyniło z Escobara figurę globalnej popkultury: brutalną przemoc i ojcowską łagodność; skorumpowaną politykę i biznesowe narady przy basenie; społeczną wrażliwość i orgie z prostytutkami. Życie krótkie i intensywne, w obrazach przeflancowane na romantyczne klisze _thug life_.


Romantyczne także dosłownie – film De Aranoi jest czymś na kształt gangsterskiej opery mydlanej, historią burzliwego romansu prezenterki telewizyjnej Virginii Vallejo z samozwańczym królem Kolumbii. O starym Escobarze opowiada więc nowy narrator i kobieca perspektywa miała chyba w założeniu "zhumanizować" i "uintymnić" surowe bandyckie tworzywo. Grana przez Cruz Vallejo poznaje Pablita na wystawnym przyjęciu w Medellin i w pierwszej chwili bierze go za zwykłego nuworysza, ulegając bardziej jego charyzmie niż pieniądzom. Ale ponieważ Escobar zapisał się w historii przede wszystkim jako symbol kapitalistycznego rozpasania, postawa dziewczyny stopniowo ulega demoralizacji – zaczyna latać na zakupy do Nowego Jorku z walizami wypchanymi narko-forsą, a kiedy gangster rozpętuje prywatną wojnę z aparatem państwowym, przy kochanku trzyma ją wyłącznie zwierzęcy strach. "Po raz pierwszy muszę wyjechać z kraju przez mężczyznę" – żali się w scenie otwierającej film, już jako informatorka DEA. I w zasadzie całą jej postać – zamiast z konfliktów wewnętrznych – utkano właśnie z tego rodzaju prostych bon motów i ironicznych powiedzonek.


Jeśli weźmiemy pod uwagę, że scenariusz jest efektem swego rodzaju podwójnego zapośredniczenia – opowiada biograficzną historię z perspektywy kochanki Escobara i jednocześnie lokalnej celebrytki, która próbuje skapitalizować bandycką legendę zmarłego partnera (film oparto na motywach książkowych wspomnień Vallejo) – papierowość postaci jakoś przestaje dziwić. To nie tyle kobieta z krwi i kości, ale fantazja na temat dziewczyny gangstera – taka, jaką chciałaby ją widzieć publiczność. Cruz może się więc dwoić i troić, a i tak wyjdzie jej Vallejo-kokietka w drogich ubraniach, cytująca nagłówki kolorowych magazynów i infantylnie zakochana we władzy, brudnych pieniądzach i niebezpiecznych znajomościach. Na tym tle narracja kartelowo-sensacyjna wypada o niebo lepiej, bo i Bardem gra z dużym wyczuciem psychopatycznej podwójności Escobara (rodzinny konserwatyzm kontra sadystyczny narcyzm). Niektóre wątki z życia narkobarona zostały zainscenizowane w oryginalny sposób, w pewnym sensie zinterpretowane na nowo, w kluczu wizualnego monumentalizmu. Moim faworytem jest scena helikopterowej obławy na kryjówkę bandyty, który nagi, z obwisłymi pośladkami i karabinem na ramieniu, ucieka na przełaj przez szaroburą dżunglę. Takich dobrych momentów znajdziemy w "Kochając Pabla..." zdecydowanie więcej, tyle że cała filmowa konstrukcja opiera się na ponownej interpretacji tego, co przecież znamy już w każdym detalu – medialno-popkulturowej narracji o Pablo Escobarze przestępcy, terroryście, ojcu, mężu i kochanku. Jeśli liczyliście na jakieś novum, odstępstwo, wartość dodaną, to niestety – nie pod tym adresem.


Film De Aranoi jest zadziwiająco odtwórczy, konserwatywny w treści – idzie po linii "od pierwszych dużych pieniędzy do bolesnego upadku". Nie ma tutaj nic, czego nie zobaczylibyśmy wcześniej – i to w o wiele bardziej rozbudowanej formie – w serialu "Narcos", także na poziomie scenografii czy rekonstrukcji ważnych dla historii Escobara miejsc. Prawdziwe deja vu przeżyłem, oglądając sceny nakręcone w więzieniu, które – jak doskonale pamiętamy – Pablo zbudował i wyposażył sobie sam, za przyzwoleniem rządu Kolumbii. Rzeczywistość z filmu kinowego była na poziomie inscenizacji tak bliska serialowi, że w umyśle obie wizje zaczęły mi się zlewać w jeden obraz. I nie dotyczy to wyłącznie przestrzeni materialnej, lecz także – osobowości bohaterów, motywacji, przesłania, wniosków "na przyszłość", filozofii opowiadania o narkobiznesie. Pozwala zadać pytanie o celowość produkowania takich obrazów, o "potrzebność" kolejnych (re)bio-picków o znanych kryminalistach czy politykach. Bawiłem się dobrze, ale czy niektóre seksi motywy z historii Escobara nie stają się na naszych oczach czymś wtórnym i przezroczystym – jak np. te obowiązkowe bandyckie narady przy basenie, w rozchełstanych koszulach albo pogadanki z synem o "nietykaniu towaru"? Czy nie zamieniają się w "escobaryzmy", które można bez trudu stosować w różnych kontekstach – jako estetyczny dodatek, zawsze atrakcyjny – ale które maskują dość obrzydliwą prawdę o królach narkobiznesu? Niby mamy w "Kochając Pabla..." straszliwą przemoc (scena z piłą mechaniczną!) i pogardę dla ludzkiej godności, tyle że jakoś patrzymy na to wszystko przez palce. Liczy się TEN szyk, ten wąs, ten pistolet, ta kobieta, nawet – ten pękaty brzuch. Bo przecież fajnie byłoby być Pablem, wypiąć się na wszystkich i po chłopięcemu – wziąć świat dla siebie. Choćby na te skromne filmowe dwie godziny.
Czy uznajesz tę recenzję za pomocną? 67% uznało tę recenzję za pomocną (43 głosy).
Marcin Stachowicz
ocenia ten film na:
1 10 6/10 niezły