Recenzja filmu Di jiu tian chang (2019)
Xiaoshuai Wang

Trzy dekady pokory

Ciekawa jest konstrukcja filmu, dzięki której wydarzenia z ich życia oglądamy nielinearnie. Bliższa i dalsza przeszłość pojawia się na ekranie w sposób mający stopniowo odsłaniać motywacje ...
Filmweb sp. z o.o.
Dwóch chłopców siedzi nad zalewem. Jeden chce dołączyć do ekipy, która pluska się już w wodzie, drugi się boi. Za chwilę dojdzie do tragedii. Nie będzie to jednak film o dzieciach, lecz o ich rodzicach. Yaojun i Liyun byli ze sobą od zawsze – obserwujemy ich, gdy pracują w latach 80. w fabryce, gdy rodzi im się synek, gdy przeprowadzają się na południe. Kiedy Liyun zachodzi w ciążę po raz drugi, w Chińskiej Republice Ludowej obowiązuje już polityka jednego dziecka. Zmuszona więc zostaje do aborcji – co gorsze, przez swą przyjaciółkę odpowiadającą w zakładzie za nowo utworzony departament planowania rodziny. Pojawi się jeszcze trzecie dziecko – sprawiający kłopoty adoptowany syn. Oj, będzie depresyjnie. Może nie aż tak, jak w "Siedzącym słoniu", ale nastrój jest tu konsekwentnie minorowy. Pod koniec warto mieć pod ręką chusteczki.

Tytuł nowego dzieła Wanga Xiaoshuaia, zdobywcy nagrody w Cannes za "Szanghajskie sny", na angielski przetłumaczono jako "So long, my son". I faktycznie film jest long. Równiutkie 180 minut zmieścić miało trzydzieści lat z życia bohaterów, ale także ostatnie trzy dekady historii Chin – czas przeogromnych zmian, rozwoju miast, obrastania w dostatek, który zapewniła polityka Deng Xiaopinga, dzierżącego stery kraju od końca lat 70. Jest w "Di jiu tian chang" scena, w której stare już małżeństwo, odwiedzając niewidziane od lat rodzinne miasto, widzi pomnik komunistycznego lidera. Machają mu czule. Dziękują, mimo że skok cywilizacyjny wcale nie przyniósł mu szczęścia. Pokora to słowo, które najmocniej określa bohaterów.

Ciekawa jest konstrukcja filmu, dzięki której wydarzenia z ich życia oglądamy nielinearnie. Bliższa i dalsza przeszłość pojawia się na ekranie w sposób mający stopniowo odsłaniać motywacje bohaterów. Nie są oznaczone latami, to, w którym okresie życia bohaterów się znajdujemy, odgadujemy głównie po, świetnej skądinąd, charakteryzacji i kostiumach oraz zmieniającym się pejzażu modernizującego się Państwa Środka. Niektórych wydarzeń, takich jak rewolucja kulturalna, nie zobaczymy w ogóle – pojawiają się tylko we wspomnieniach młodości bohaterów.

Na tematykę rodzinną i obrazowanie upływu czasu (nieprzypadkowo powracają ujęcia płynącej wody) nakładają się historie innych przedstawicieli pokolenia, które widziało Chiny cudu gospodarczego. Bo to także film o przyjaźni – o tym, czym może stać się w dobrych i w złych czasach, jak blisko jej do miłości. Prócz Yaojun i Liyun oglądamy ich rówieśników: jedni osadzani są w więzieniu, inni doświadczają awansu społecznego. Motyw dzielenia życia z przyjaciółmi podkreśla też natrętnie powracająca sentymentalna pieśń "Auld Lang Syne", bardzo popularna w Chinach w wersji mandaryńskiej. Na funkcji lejtmotywu jej ekranowa rola się jednak nie kończy – bohaterowie zaczynają nawet o niej rozmawiać, a jeśli dodać, że jej tekst (tak jak i film) traktuje o długoletniej przyjaźni, wypada to już nadmiarowo.

Tego rodzaju tautologii w tym, nieco nazbyt wypełnionym i dopiętym filmie jest więcej. Niekiedy chciałoby się powiedzieć reżyserowi – wystarczy, zrozumiałem. Niełatwo też znieść monotonię posępnej tonacji. Niby trudno o inną, skoro film opowiada o utracie dziecka. Pozostaje ona jednak nieprzełamana, przytłaczająca. Kiedy tylko pojawia się nieco radości i nadziei, bohaterowie szybko są za nią karani. Film rozjaśnia się właściwie dopiero w ostatnich minutach, ale by do tego momentu dotrwać, trzeba przebrnąć przez trzygodzinny seans cierpienia. Nie wiem, czy aż taki metraż był tu potrzebny. Myślę o innych pokrewnych, także rozpisanych na lata, dziełach szóstej generacji chińskich reżyserów, i wydają mi się one bardziej udane. Choćby "Letni pałac", gdzie mieliśmy przynajmniej atrakcje wizualne w postaci scen erotycznych czy zamieszek na Placu Tienanmen, albo "Nawet góry przeminą", wprowadzające elementy science fiction. Uatrakcyjniało to i tak krótszy niż w przypadku "Di jiu tian chang" seans. 

Na pewno w kręgu bywalców festiwali i zwolenników radykalnego arthouse’u film znajdzie swoich miłośników. Pokazał to jego pozytywny odbiór po światowej premierze na Berlinale, gdzie reżysera nagrodzono wcześniej już dwukrotnie. Mi jednak przyjęcie przez Xiaoshuaia wizji życia jako nieustannej męczarni wydaje się zbyt łatwe. I co gorsze, mało wynagradzające odbiorczo.
Czy uznajesz tę recenzję za pomocną? 100% uznało tę recenzję za pomocną (2 głosy).
Adam Kruk
ocenia ten film na:
1 10 5/10 średni