Recenzja filmu I odpuść nam nasze długi (2018)
Antonio Morabito

Uprzejme bestie

Antonio Morabito idzie po linii najmniejszego oporu: wszystkie nasze intuicje zostają z automatu potwierdzone na początku filmu – czytaj: windykatorzy to hieny i ludzie bez sumienia – przez co ...
Filmweb sp. z o.o.
Świat znowu nam jakoś skarlał. Ludzie biorą te wszystkie chwilówki – na wakacje, nowy samochód, wyprawkę dla dzieci – a później przychodzi zły człowiek, bije kijem i każe spłacać. W windykacji trzeba mieć grubą skórę i przyswoić sobie niezbędne minimum psychopatycznych skłonności. Na przykład upajać się cudzym strachem i wstydem, a z poniżenia zrobić sztukę elokwentnego terroryzmu. Tak, windykacja to fach trudny, fach barwny, fach brutalny. Stuprocentowo filmowy – jak gangsterka, dziennikarstwo śledcze, skorumpowana polityka. Niewyczerpane źródło opowieści, studnia bez dna, wytrawna kalka dla wszystkich, którym kryzys twórczy nie pozwala postawić kilku kroków naprzód. Albo którym po prostu nie chce się tych kroków stawiać. 


Pozwalam sobie na te drobne złośliwości, bo "I odpuść nam nasze winy" także jest stosunkowo złośliwe wobec widzów. Pod fasadą ładnych zdjęć – nieco brudnawy, proletariacki Rzym ma tu swój urok – i niezłego aktorstwa kryje się historia jak z podręcznika do scenariopisarstwa: dobrze ilustrująca kilka żelaznych zasad "wędrówki bohatera", ale programowo od A do Z wtórna. Cóż, smutna prawda jest taka, że gdybym sam – człowiek z ulicy – bardzo chciał nakręcić film o windykacji, zrobiłbym to właśnie tak: Guido ma długi. Żeby je spłacić, powinien załapać się albo na bogatą rodzinę, albo na pracę. To pierwsze odpada, to drugie też – firma informatyczna, w której kiedyś zdarzyło mu się tyrać, upadła po kryzysie z 2008 r., a teraz Guido traci również posadę magazyniera. Bez grosza przy duszy zgłasza się do wierzycieli z prośbą o odpracowanie długów i z marszu zostaje przydzielony do Franco – jednego z najskuteczniejszych rzymskich windykatorów. Początkowo bohater podchodzi do roboty jak do nieświeżej padliny – z niekrytą odrazą – ale z czasem nowa rola, a przede wszystkim związane z nią poczucie władzy, zaczyna mu się coraz bardziej podobać. Maraton perypetii windykacyjnych nabiera rozpędu: od szemranych przedsiębiorców i bankierów aż po starsze panie sprzątaczki i ich zapuszczone klitki. Nie ma marchewki, jest za to kij – zupełnie realny, teleskopowy, taki, co to nie zostawia dużych siniaków, ale jednak zadaje bolesne razy. 

Wiadomo, na szkielecie złożonym z największych nawet oczywistości także da się zbudować gęstą tkankę czegoś oryginalnego. Pierwszy z brzegu pomysł: wyściubić nos poza rytualne "lepiej być biednym, ale uczciwym" albo "(brudne) pieniądze szczęścia nie dają". Antonio Morabito idzie niestety po linii najmniejszego oporu: wszystkie nasze intuicje zostają z automatu potwierdzone na początku filmu – czytaj: windykatorzy to hieny i ludzie bez sumienia – przez co nie ma już miejsca na jakąkolwiek wartość dodaną, na nowe rozpracowanie zbadanej chyba na tysiąc sposobów kwestii etyki długu. Nie dowiemy się np. nic o procesie, który stoi za postępującym ubożeniem społeczeństwa i skazywaniem ludzi na szybkie i trudne do spłacenia pożyczki gotówkowe. Biedni są tutaj po prostu biedni i należy ich żałować, podczas gdy Franco to kwintesencja ordynarnego zła. Jego metoda jest trzystopniowa: najpierw zawstydzanie dłużnika, czyli łażenie za nim w miejscach publicznych. Następnie wizyty w domu i zastraszanie. Na końcu – bicie z zaskoczenia. Diabeł uwielbia szastać pieniędzmi i wysługiwać się innymi, a już najbardziej – odzierać z godności ubogich. Jeśli komuś daruje należne pieniądze, żąda w zamian hołdu albo cennej rodzinnej pamiątki – choćby jedynej w domu ślubnej fotografii, którą następnie drze na oczach zrozpaczonego małżeństwa. 


Ta hiena nie tylko żeruje na cudzym nieszczęściu, ale nawet mieszka przy cmentarzu i uprawia jogging między grobami swoich ofiar. Potem idzie jak gdyby nigdy nic do spowiedzi – a w konfesjonale wyłącznie dom, żona, dzieci, nigdy praca. W sferze zawodowej sumienie zostaje zwolnione z obowiązków. Franco – czyniąc zło – kieruje się czystym profesjonalizmem: nie moralnością, ale "etyką zawodową", która opiera się na jednym jedynym przykazaniu: skutecznie ściągać długi. Takie kanciaste, czarno-białe moralizatorstwo sprawia bardzo anachroniczne wrażenie, z ducha XIX-wieczne. Guido to figura błądzącego proletariusza z dydaktycznej powiastki – idzie prostą drogą od sługusa mamony do wyzwolenia w świetle moralnych jupiterów. Franco to z kolei sztampowy obrazek demona-kusiciela, którego zachęty należy z całą mocą odrzucić. Przeciwwagą dla bestii jest z kolei Profesor (do filmu dołożył się PISF, w tej roli zobaczymy więc Jerzego Stuhra) – starzec nieco dziwny, zamknięty w świecie własnych urojeń, ale moralnie czysty. 


I nawet jeśli ostatecznie przyklaśniemy antykapitalistycznemu przesłaniu filmu, wyeksponowanie winy indywidualnej kosztem szerszego spojrzenia na temat robi z całości tanią błahostkę. Że za ściąganie długów odpowiadają ludzie brutalni? To już wiemy. Że miłości nie da się kupić? Raczej też. Nie wiemy za to, czy ktoś próbował wyegzekwować od Włochów lepszy scenariusz i więcej własnej inicjatywy. I czy aby na pewno użył do tego wystarczająco twardej pałki teleskopowej. 
Czy uznajesz tę recenzję za pomocną? 50% uznało tę recenzję za pomocną (2 głosy).
Marcin Stachowicz
ocenia ten film na:
1 10 5/10 średni