Recenzja filmu

Crime 101 (2026)
Bart Layton

Wdech, wydech i już okradłeś jubilera

Motywacyjny głos rozbrzmiewający nad ulicami Los Angeles opowiada nam o technice oddychania, spokoju życia i innych ważnych aspektach jogi. Jakiej kategorii jogi? Później dowiadujemy się, jak w
Motywacyjny głos rozbrzmiewający nad ulicami Los Angeles opowiada nam o technice oddychania, spokoju życia i innych ważnych aspektach jogi. Jakiej kategorii jogi? Później dowiadujemy się, jak w szoku jest nasz bohater, że istnieją kategorie. Cóż innego mogłoby być motywem przewodnim kryminału akcji niż joga, w końcu jesteśmy w Kalifornii - to zobowiązuje. Niesamowicie hermetyczny świat, jakim jest ten stan, będziemy mogli oglądać z drona, którym operator lubi się pobawić i pokręcić beczki dla rozrywki.


Dawis (Chris Hemsworth) - przedsiębiorca, biznesmen, działa z oprogramowaniami, jest przystojny, bogaty - choć kiedyś tak nie było, i nie lubi mówić o sobie. To ten chłopak, który “Dzień Dobry” zawsze na klatce by mówił, gdyby nie mieszkał w domach z widokiem na plażę i ocean. To mógłby napisać w opisie na Tinderze, jak jest naprawdę? Prywatnie zajmuje się on nieco innym biznesem - dba o to, aby pewne produkty nie docierały do miejsc docelowych, a z uśmiechem na ustach były oddawane w jego ręce. Bez eufemizmów - jest złodziejem, ale nie z tych co okradają wszystkie stacje i sklepy. Jego praca opiera się na dokładności, planowaniu i perfekcyjnym przygotowaniu, można by go porównać do słynnego “Zabójca (2023)The Killer” od David’a Fincher’a, natomiast jedna cecha zdecydowanie się nie zgadza - Dawis nie używa przemocy. Zasada żelazna, jak na kogoś kto regularnie macha innym bronią między oczami, ale dzięki temu wpada on w pewien rytm. To jedyne co pozwala go zidentyfikować i dojść do stwierdzenia, że jest seryjnym złodziejem, a odkrycia tego dokonuje Lou (Mark Ruffalo). Nasz błyskotliwy policjant nadaje złodziejowi pseudonim - 101 - od drogi, przy której znajdują się wszystkie cele Dawis’a. Jak okazuje się później Lou posiada coraz gorsze statystyki, a LAPD nie chce słuchać o jakiejś serii, w związku z tym śledztwo prowadzić będzie musiał na własną rękę. W tle przewija się również Sharon (Halle Berry), jako osoba całkowicie nie związana z oszustwami, przekrętami i zabieraniem pieniędzy, zajmuje się pracą w firmie ubezpieczeniowej. Na co dzień oszukuje ludzi, kombinuje jak nie wypłacać im pieniędzy z polis i szuka dziury w całym. Co robi w tej historii? Głównie uprawia jogę, a to spowoduje, że powiąże się z naszymi bohaterami i będzie miała szansę zadebiutować w tym jakże przyjaznym środowisku.


Cała ta koncepcja i wprowadzenie zapowiada się na dużą historię. Mamy wiele wątków, długą ekspozycję poszczególnych bohaterów i relacje, które wyglądają jakby chciały rozwijać się dalej. Jest tutaj coś co pokazuje przesadzony świat, którego jest za dużo na tak krótką historię. Wydawać by się mogło, że prędkość oraz długość wprowadzania postaci w historię wskazuje na pierwszy odcinek serialu, który potem bardzo szybko kończy swój sezon. Z jednej strony można czuć niedosyt, bo niektóre relacje bardzo prędko się gubią, z drugiej nie ma tutaj aż tyle treści, żeby zrobić z tego coś więcej. Tak więc utknęliśmy w takiej ilości materiału, która staje się za krótka na serial, a za długa na film. Co z tego mamy? Skrócony, a i tak dość długi, niepełny film.


Skakanie między gatunkami trochę wzorowane na “Heat” udaje się twórcom. Mamy wątki kryminalne i detektywistyczne, trochę akcji i pościgów, ale też fragmenty sensacyjne. Niestety ta międzygatunkowość buduje brak jednolitości w filmie. Czasami odnosi się wrażenie, jakby opowiedzieć chciało się tą samą historię, ale z różnych perspektyw, ale z żadnej w całości się to nie udaje. Pozostaje również jakaś pustka po wątku opartym na miłości. Ktoś stara się zagłębić w enigmatyczny, a czasem introwertyczny charakter Dawis’a i robi to poprzez próbę przełamania jego schematycznego działania w relacji romantycznej. Tu ma się pojawić słynna oś filmu, czyli przemiana bohatera, tylko wątek przenika przez kilka scen i staje się zbędny - najpewniej, bo nie rozwinięty. To jest ta część, która ciągnie fabułę, a ona i tak już jest sporych rozmiarów, a w dodatku jeszcze nic za sobą nie niesie. Kolejny objaw tego, ile jest treści na jaką długość filmu. 


Sama obsada jest solidnie osadzona. Chociaż Chris Hemsworth stara się zrobić z siebie człowieka pełnego tajemnic i nieprzewidywalnego, cichego towarzysza to wychodzi mu to w ograniczony sposób. Można odnieść wrażenie, że jego gra opiera się tutaj na tym, że mało mówi i mniej bije ludzi niż zwykle. Tak prosta i bezrefleksyjna mimika, przeciętny wyraz twarzy - no jakby chciał nam coś przekazać, ale nie wiedział jak to zrobić. Zamknięty w sobie bogacz, który nie wie czy posiada swoje zdanie. Mark Ruffalo odkrywający policjanta Lou, jest trochę jak w kontynuacji serialu “Task” - trochę chudszy i nie ma problemów rodzinnych - ale on odkrywa nadal tą samą rolę. Wydawać by się mogło, że przeszedł z jednego planu na drugi i postępuje tak samo. Reszta obsady daje radę, postacie przewijające się w tle mają spójność i dodają swoją dobrą cegiełkę. Trochę śmieszny jest koncept odmładzający Halle Berry, która w firmie ubezpieczeniowej słyszy, że jest już stara, bo ma aż 53 lata (aktorka posiada już 59), może nie wygląda na tyle, ale czy musieli to tak wymownie zaznaczać?


Warto nie zapomnieć również o operatorach, którzy chyba mieli pomysły i stwierdzili, że pobawią się śmiesznymi sztuczkami. A to dron nad autostradą w LA obraca się losowo jakbyśmy nagle byli w samolocie, który robi beczki. A to kilkukrotnie powielona sztuczka z otwieraniem drzwi i kamerą przytwierdzoną do nich. Niby fajnie, realizacyjnie coś nietypowego, trochę nic nie wnosi, ale jak twórcy się pobawili, a nas to w oczy nie zaboli - to można to zaakceptować.


Nie będzie to nowy klasyk kina, tylko zwykła opowieść w której możemy sobie przypomnieć, że kiedyś to robili spoko filmy w takim stylu. Trochę szkoda, bo wydawać by się mogło, że da się z tej obsady i pomsyłu wycisnąć trochę więcej. Nie jest też tragicznie, jak na swoje czasy, daje radę i jest trzymającym się prostoty produktem. Nie szalejemy, to i efekty nie będą szalone. Może gdyby wreszcie twórcy wyjechali z LA i zobaczyli jakieś nowe światy to by pomogło, bo ta przestrzeń jest już do tego stopnia komiczna, że nawet autorzy zwracają uwagę na problemy tej przestrzeni. Ten film jest po prostu bez spiny, nie porwie nikogo, chyba, że ktoś narobił sobie problemów z ubezpieczeniem… 
1 10
Moja ocena:
7
Czy uznajesz tę recenzję za pomocną?
Recenzja Crime 101
Crime 101 w reżyserii Barta Laytona to kino, które na pierwszy rzut oka obiecuje precyzyjnie skrojony... czytaj więcej