Recenzja filmu Cziłała z Beverly Hills (2008)
Raja Gosnell
Wojciech Paszkowski

Psia przyszłość Hollywoodu

Komedie romantycznie z idiotycznymi blondynkami w rolach głównych są już zbyt oklepane, więc tym razem postanowiono w roli głównej obsadzić białowłosą suczkę rasy Chihuahua. Przeniesienie akcji ...
Filmweb sp. z o.o.
Komedie romantycznie z idiotycznymi blondynkami w rolach głównych są już zbyt oklepane, więc tym razem postanowiono w roli głównej obsadzić białowłosą suczkę rasy Chihuahua. Przeniesienie akcji ze ludzkich wyżyn w psie niziny w zasadzie nie zrobiło wielkiej rewolucji. Schemat pozostał taki sam.

Jednak "Chihuahua z Beverly Hills" to film familijny, i jako taki należałoby go opisywać. Trzeba więc wziąć poprawkę na adresatów i zamiast o komedii romantycznej pisać o filmie tendencyjnym. Raja Gosnell, montażysta znany z tak kultowych komedii, jak "Pretty Woman", "Kevin sam w domu" czy "Pani Doubtfire", tym razem zajął się reżyserią i nakręcił film aż nadto ociekającym dydaktyzmem. Gdyby go tak wyciąć, to pozostałby całkiem zgrabny kawałek familijnego, lekkiego kina.

Zacznijmy od początku. Czas akcji: współczesność, ta nieco snobistyczna i zdegenerowana przez nadmiar pieniądza. Miejsce akcji: Beverly Hills, luksusowa dzielnica świata. Bohaterowie: wśród ludzi standardowy duet – niezbyt odpowiedzialna, ale za to śliczna Rachel (Piper Perabo) oraz przystojny ogrodnik Sam (Manolo Cardona); wśród zwierząt ciężko byłoby wyliczyć wszystkich, ale najważniejsi to "rozpuszczona Chihuahua z Beverly Hills" czyli Chloe (Katarzyna Bujakiewicz), zakochany w niej kundel Papi (Jacek Braciak), obrońca uciśnionych, owczarek niemiecki Delgado (Olaf Lubaszenko) oraz ten zły, czyli doberman Diablo (Artur Dziurman). Fabuła: salonowy piesek gubi się w wielkim i brudnym Meksyku i przeżywa przygodę, która zmienia jego podejście do życia.

Co do historii, to raczej nie powiewa świeżością, ale raczej stęchlizną. Do tego dialogi niemalże przyprawiają o mdłości. Nie wiadomo, czy to zasługa amerykańskich scenarzystów, którzy chcieli, aby rozmowy były na poziomie przeciętnie inteligentnego mieszkańca USA, czy polskiego reżysera dubbingu Wojciecha Paszkowskiego, który uprościł wersję oryginalną, aby uczynić ją przystępniejszą dla rodaków. W każdym razie, widz powyżej piętnastego roku życia może, gdzieś tak w połowie filmu, dostać niestrawności, która nie opuści go aż do końca.

Aktorsko nikt się nie wybił. Można nawet powiedzieć, że gra zwierząt była lepsza niż ludzi, zwłaszcza Jamie Lee Curtis w roli ciotkiWandy, właścicielki Chloe, zagrała wyjątkowo sztywno, aż ekran zgrzytał, jak się po nim przechadzała. 

Pomijając ociekające dydaktyzmem i moralizatorstwem dialogi i przymykając oko na fabułę, otrzymujemy dziewięćdziesiąt minut naprawdę słodkiego kina, bo psiaki rzeczywiście są urocze i grają fenomenalnie. Zastanawia mnie tylko fakt, czym je karmili, żeby potem z takim spokojem znosiły te wszystkie fatałaszki. Bo przecież motywacji finansowej chyba nie odczuwały...

Wbrew obiegowym opiniom, nie jest to film dla dzieci i ludzi o zaniżonym poziomie inteligencji, a dla każdego, kto chce na chwilę odpocząć przed ekranem i przenieść się do świata, w którym ludzi ani zwierzęta nie mają problemów. Podsumowując - produkcja do popatrzenia, niekoniecznie do uważnego wysłuchania.




Czy uznajesz tę recenzję za pomocną? 60% uznało tę recenzję za pomocną (5 głosów).
czarrna
ocenia ten film na:
1 10 5/10 średni
Ostatnio odwiedzone
wyczyść historię