Recenzja filmu Demony prerii (2018)
Emma Tammi

Wiatr z Dzikiego Zachodu

"Demony prerii" są najlepsze w budzących zwątpienie momentach, lecz kiedy dochodzi do nieuniknionego momentu zagrania na napiętych nerwach widzom oczekującym na konfrontację z demonami, gdy na ...
Filmweb Sp. z o. o. Sp. k.
Chociaż rodzimy poster reklamujący omawiany film to bezdyskusyjnie kawał plakatu, ten oryginalny, amerykański, też jest niczego sobie. Może i na pierwszy rzut oka nie wygląda zbyt imponująco – ot, pokazana plecami kobieta stojąca na progu położonego gdzieś na prerii domostwa – ale to nic innego, jak trawestacja słynnego ujęcia z "Poszukiwaczy" Johna Forda, do tego z twistem. Kowboj dawno już odszedł, została samotna kobieta i upiorne, czarne łapska.

photo.title

Przypadek? Raczej nie, bo ten oznaczałby brak głębszej gatunkowej świadomości debiutującej reżyserki Emmy Tammi (o ile, oczywiście, przyjmiemy, że miała cokolwiek z owym plakatem wspólnego), a to trudno jej zarzucić. Bo, choć odpowiednio wydestylowany, mit Dzikiego Zachodu nadal jest u niej żywy i nieźle ograny realizatorsko. Tyle że ten tradycyjnie zmaskulinizowany, ociekający testosteronem teren męskich zmagań nie jest krainą pełną pięknych dam czekających bezczynnie na wybawienie z opresji. Lizzy, mimo że życie na pograniczu cywilizacji mnoży trudności, radzi sobie przecież sama, jest praktyczna, zaradna i wytrwała. Ale wydaje się wykorzeniona, nie potrafi znaleźć sobie punktu zaczepienia.

Mąż, Isaac, często opuszcza dom, goniąc za sprawunkami, a Lizzy, zapewne emigrantka w drugim pokoleniu, bo pacierze klepie po niemiecku, przytłaczają preriowe demony. Lecz to nie żadne potwory z piekła rodem, tylko samotność i lęk. Stąd, kiedy nieopodal sprowadza się młode małżeństwo, Emma i Gideon, dla kobiety to szansa na zrzucenie kotwicy i nawiązanie kontaktu z zasiedloną ziemią, która nie pozwala traktować się jak swoją. Ale Lizzy znajduje broszurkę o nadnaturalnych stworach, której lektura pomaga spersonifikować dręczące ją myśli i obawy. U koncepcyjnej postawy filmu Tammi leży pytanie, czy owe strachy to wykwity umysłu spanikowanej kobiety, czy prawdziwe monstra żerujące na bezbronnych osadnikach. Poszukiwanie odpowiedzi na tak sformułowane pytanie nie jest łatwe, bo trudno też uwierzyć na słowo skupionej na Lizzy narracji. To nieprzerwanie z jej perspektywy obserwujemy przedstawione wydarzenia.


Stąd są one zależne od tego, co akurat przeżywa i podane niechronologicznie; nie pozwala to zawierzyć tej opowieści. "Demony prerii" są najlepsze w owych budzących zwątpienie momentach, lecz kiedy dochodzi do nieuniknionego momentu zagrania na napiętych nerwach widzom oczekującym na konfrontację z demonami, gdy na chwilę przestaje być ważne, czy są one rzeczywiste, czy nie, Tammi ucieka się do średniej jakości zagrywek rodem z generycznego filmu grozy. Psuje to z mozołem budowany nastrój, a dla filmu grającego przede wszystkim klimatem, jest to feralne potknięcie. Niezadowalająca jest również struktura narracji, ale nie chodzi o jej zaakcentowaną subiektywność, lecz mozaikowość. O ile sam zabieg nie jest niczym złym, o tyle zabrakło wyczucia, który klocek gdzie włożyć i jak uporządkować elementy układanki, aby zbudować historię, na jaką te postacie i zdarzenia mimo wszystko zasłużyły. Film pada ofiarą nie zawsze trafionych decyzji artystycznych, które, z braku innego słowa, sabotują samą opowieść.

photo.title

Bo jest tu nielicha fabuła i kiedy poskłada się to wszystko po seansie, film okazuje się sprawną opowieścią o ciężarze zrzuconym na barki kobiety, która powoli kruszeje, przytłoczona przeświadczeniem o zdradzie doznanej ze strony świata, ludzi, wiary i własnego ciała. Wtedy kolejny rzut oka na amerykański plakat pozwoli zauważyć jego pewną nielogiczność, gdyż cieniste łapska chwytające za framugę znajdują się po złej stronie drzwi. Demony nie muszą wtargać do środka owej samotnej chatki. One już tam były, kiedy zbito pierwsze deski.
Czy uznajesz tę recenzję za pomocną? 33% uznało tę recenzję za pomocną (3 głosy).
Bartosz Czartoryski
ocenia ten film na:
1 10 5/10 średni