Film Wojciecha Smarzowskiego zaczyna się od relacji, która wygląda znajomo: dwoje dorosłych ludzi, kontakt, zauroczenie, szybkie wejście w bliskość. I już tutaj widać, że Smarzowski gra czymś
Film Wojciecha Smarzowskiego zaczyna się od relacji, która wygląda znajomo: dwoje dorosłych ludzi, kontakt, zauroczenie, szybkie wejście w bliskość. I już tutaj widać, że Smarzowski gra czymś więcej niż “romansową” dynamiką. To nie jest historia o miłości jako spełnieniu, tylko o miłości jako narzędziu regulacji — o pragnieniu spokoju, stabilności, przynależności. Bohaterka ma w sobie “ciężar” (psychiczny i biograficzny), który sprawia, że jej wejście w relację nie jest flirtowaniem, tylko szukaniem schronienia. Jej “tak” bywa bardziej zgodą na obietnicę normalności niż na drugą osobę w pełnym sensie.
Najważniejsza rzecz: film pokazuje przemoc nie jako pojedynczy wybuch, ale jako system, który powstaje stopniowo. I to system sprytny, bo rzadko działa wyłącznie pięścią. Działa obrazem, reputacją, językiem, rytuałami, rolami społecznymi. Sprawca (i to jest centralny temat) buduje “normalność” jak scenografię: potrafi wyglądać dobrze, mówić dobrze, funkcjonować dobrze. Potrafi też używać gestów troski tak, by z zewnątrz przypominały opiekę, a od środka były formą kontroli. To jest kino o kamuflażu — o tym, że przemoc często nie krzyczy w miejscu publicznym, tylko jest wkomponowana w codzienność, a nawet w “wartości”.
Równolegle film bardzo mocno pokazuje drugi biegun: co dzieje się z osobą krzywdzoną. Tu nie chodzi o dramatyczne monologi, tylko o to, że trauma odbiera dostęp do siebie. Pojawia się odrętwienie, “zamieranie”, izolowanie się, trudność w nazywaniu, a czasem paradoksalne reakcje, które z zewnątrz mogą wyglądać jak niezdecydowanie albo sprzeczność. Smarzowski — i to jest duży atut — nie robi z tego psychologicznej “sensacji”. Raczej pokazuje, że przemoc nie tylko boli, ale też rozrywa spójność: pamięci, mowy, decyzji, nawet najprostszych gestów.
Bardzo ważny poziom, który film akcentuje: przemoc nie jest tylko prywatna. Ona ma swoje odbicia w otoczeniu i instytucjach. Ludzie dookoła potrafią widzieć powierzchnię (wizerunek, status, “porządność”), a nie widzieć objawu. Potrafią też dokładać wtórne ciosy w formie zawstydzania, banalizowania, moralizowania. Film jest w tym bezlitosny: pokazuje, że część “pomocy” bywa proceduralna, kręci się w kółko, a ofiara uczy się, że proszenie o wsparcie może się kończyć rozczarowaniem albo kolejną kontrolą. W tym sensie to opowieść nie tylko o relacji, ale o tym, jak łatwo przemocy udaje się przejąć narrację.
Formalnie film ma charakter “pulsu”: dużo scen o wysokim ładunku emocjonalnym, mniej spokojnej codzienności. Można to czytać jako wadę realizmu relacyjnego, ale można też jako zabieg zbliżający widza do doświadczenia osoby w przemocy: życie pamięta się jako huśtawkę napięcia i chwil ulgi, a nie jako równą linię. Świetnie działa dźwięk i scenografia — nie jako “ładne obrazki”, tylko jako narzędzia psychologiczne: przestrzeń potrafi mówić o władzy, a dźwięk potrafi oddać odcięcie i zamglenie.
To seans ciężki, czasem brutalny, ale konsekwentny i ważny, bo pokazuje nie tylko to, że przemoc istnieje, lecz jak działa, jak się maskuje i jak zabiera język. Film zostaje w głowie nie scenami “szoku”, tylko wnioskiem: normalność bywa najlepszą przykrywką.
Wokół filmu pojawia się zarzut “pornografii przemocy”. To moim zdaniem skrót mylący funkcję: pornografia ma dawać przyjemność patrzenia i estetyzować, a tutaj obraz (i dźwięk) mają odebrać komfort i pokazać konsekwencje kontroli. Można dyskutować o dawkowaniu i dosłowności scen, ale to spór o etykę przedstawienia, nie o “podniecenie”. Jeśli ktoś twierdzi, że czerpie z tego “frajdę”, to bardziej mówi o zaburzeniu własnych funkcji poznawczych niż o intencji filmu.