Recenzja filmu Emma. (2020)
Autumn de Wilde

Kropka w kropkę?

Austenomaniacy, możecie spać spokojnie. Miłośnicy rewizji i innych postmodernizmów, możecie uciekać... Żebyście jednak nie żałowali! Choć filmowa "Emma." nie próbuje siłować się z Austenowskim ...
Filmweb Sp. z o. o. Sp. k.
  • recenzja kinowa Emma. (2020)
Austenomaniacy, możecie spać spokojnie. Miłośnicy rewizji i innych postmodernizmów, możecie uciekać... Żebyście jednak nie żałowali! Choć filmowa "Emma." nie próbuje siłować się z Austenowskim pierwowzorem, kto wie, czy nie dokonuje sztuki trudniejszej. Dowodzi, że wierność literze 205-letniej powieści nie musi oznaczać twórczej kapitulacji. Debiutująca w pełnym metrażu Autumn de Wilde i adaptująca "Emmę" Eleanor Catton (najmłodsza laureatka literackiej Nagrody Bookera za "Wszystko, co lśni") zwalniają z oryginału społeczno-obyczajowe ciężarki, a mocniej dociskają uniwersalną komedię omyłek. Dzięki tej bezpretensjonalności łatwo przejrzeć się w sercowych perypetiach cokolwiek niedzisiejszych bohaterów.

photo.title

Otoczonej wianuszkiem służących, jedynej córce bogatego hipochondryka na XVIII-wiecznej angielskiej prowincji (Bill Nighy) siłą rzeczy musi doskwierać nuda. Z wyboru i przywileju niezależna Emma (Anya Taylor-Joy) czas wypełnia więc zabawą w swatkę. Nie wie tylko, że jeden żeniaczkowy sukces nie gwarantuje kolejnych. Gdy plotką i intrygą spróbuje reżyserować życie uczuciowe gromadki znajomych, sama wpadnie w zastawioną przez los pułapkę namiętności. I jak to najczęściej w takich przypadkach bywa, skrupulatnie przez nią układane towarzyskie klocki w końcu runą jak domino.

Nawet przy kolejnej ekranizacji tej samej powieści porządkowanie tych klocków nadal sprawia sporą radochę. Dla austenomaniaków to właśnie obserwowanie i interpretacja sygnałów wysyłanych przez młodą obsadę stanowi o sile danej ekranizacji. Tym razem aktorzy zmyślnie lawirują między ironiczną groteską a szczerą empatią, a odgadywaniu miłosnych par przyświeca najpierw i przede wszystkim niezobowiązująca zabawa. Nie dziwota więc, że namiętność ma tu raczej psotne oblicze. Obecne w powieści stereotypowe układy rodzinno–społeczne wydają się z wyrozumiałością aprobowane. Ówczesne normy i zasady także nie tematyzują fabularnych konfliktów. Bańki georgiańskich konwenansów niby nie są przebijane, lecz klasowe uprzedzenia i podziały, bogackie przywileje i przypadłości zostają uszczypnięte łagodną satyrę. Niedzisiejsza absurdalność epoki daje się wyrazić właśnie za pomocą humoru.

photo.title

Nie ma co narzekać na brak głębszych rewizjonistycznych treści, gdy filmowa forma mówi więcej niż tysiąc słów. Wymyślne jak bezowe ciastka stroje Alexandry Byrne ("Elizabeth: Złoty wiek"), fryzury jak korkociągi, przystrzyżone na jeża trawniki wśród bezkresnych posiadłości, kwieciste ogrody bez jednego bzyczącego owada i bezwstydnie zdobne wnętrza pałaców (rodem z teledyskowych i fotograficznych prac de Wilde) – cała ta niedorzeczna idylla Austenowskiego świata powoduje dziwną reakcję obronną: oczopląs i radosną ekstazę równocześnie. Estetyka przesady jak ulał pasuje do perypetii – wydawałoby się – nieprzystępnych sztywniaków.

Owa wizualna otoczka kilkakrotnie zostaje jednak podważona. Gdy psotna kamera uchwyci nagie pośladki w domowych pieleszach, nie ma wątpliwości, że autorka filmu ma pełną świadomość sztuczności kostiumowego uzbrojenia bohaterów. W "Emmie." publiczne zostaje skontrastowane z prywatnym. W najmniej spodziewanym momencie fasada społecznej – ale również literackiej – konwencji ujawni czysto biologiczną podszewkę. By nie zdradzić za wiele: przeżywający wzloty serca bohaterowie oprócz romantycznego ducha mają też ciała, co w tym gatunku bywa wcale nieoczywiste.

photo.title

Klasowy i finansowy przywilej Emmy polega na braku matrymonialnego przymusu. U Austen żarliwe uczucie zwykle należało godzić z ekonomicznym ograniczeniem kobiet, z niemożliwością zarządzania majątkiem, a więc i egzystencją w ogóle. Tu jest nieco inaczej, lecz kłamałbym twierdząc, że temat emancypacji szczególnie zaprząta komuś głowę. Z figlarną pomocą kompozytorki Isobel Waller-Bridge (siostry Phoebe, autorki "Fleabag"), grono twórczyń zwalnia się z przymusu snucia poważnych kobiecych portretów. Jak się rzekło, panie oraz wszyscy ekranowi panowie funkcjonują tu na usługach pokrzepiającej humorem romantycznej dewizy. Rzecz jasna, tytułowa uparciuszka dostanie od życia to, na co zasłużyła, a my – wśród kilku nierównych i dłużących się scen – otrzymamy negatywną lekcję z próżności i egoizmu. Niezależnie od tego, czy lekki ton całości uznacie za zaletę, czy ograniczenie, z kina wyjdziecie pokrzepieni. To mało? Sami się przekonajcie.
Czy uznajesz tę recenzję za pomocną? 88% uznało tę recenzję za pomocną (17 głosów).
Gabriel Krawczyk
ocenia ten film na:
1 10 7/10 dobry