Recenzja filmu

Gentle Monster (2026)
Marie Kreutzer
Léa Seydoux
Jella Haase

Pogarda

"Gentle Monster" uderza widza zwłaszcza w pierwszej połowie opowieści, stopniowo odbierając nam, podobnie jak bohaterce, poczucie kontroli nad narracją. Wówczas film zwalnia tempo, przypominając
Pogarda
źródło: materialy promocyjne
Pisząc scenariusz do "Gentle Monster", Marie Kreutzer zadała sobie jedno bardzo ważne pytanie: czego lękam się w życiu najbardziej?. "Krzywdy mojego dziecka albo tego, że mój partner popełni jakąś okropną zbrodnię" – przyznała w wywiadzie dla Hollywood Reporter. Gdy w 2020 roku do ręki wpadł jej reportaż ujawniający, że sprawcami przemocy seksualnej wobec dzieci są najczęściej członkowie najbliższej rodziny, poczuła, że nie może pozostać na ten temat obojętna. Trzy lata później Austriaczka doznała szoku, dowiadując się, że Florian Teichtmeister, aktor, z którym współpracowała przy "W gorsecie", został skazany na dwa lata więzienia w zawieszeniu za posiadanie i produkcję pornografii dziecięcej. Wahając się nad porzuceniem projektu, doszła do wniosku, że "Gentle Monster" musi powstać – jako ostrzeżenie oraz wyraz niezgody na przemoc, która nadal objęta jest tabu i co gorsza – pozostaje niewidoczna dla oczu.

Kreutzer interesuje to, co ukryte jest pod powierzchnią, dlatego ziarno niepewności zasiewa w widzu już na początku filmu. W otwierającej scenie "Gentle Monster" Lucy (Léa Seydoux)  błądzi palcami po klawiszach fortepianu, śpiewając pod nosem "Would I Lie to You?" duetu Charles & Eddie. Jej kojący, przepełniony smutkiem głos po chwili zagłusza czyjś ciężki i nierówny oddech. Jej mąż ma właśnie atak paniki. Lucy uspokaja Philipa (Laurence Rupp) i chwilę później wraca do instrumentu, by wyśpiewać jeszcze kilka linijek refrenu. Wówczas nie wie jeszcze, że piosenka, którą wybrała do swojego koncertowego repertuaru okaże się zwierciadlanym odbiciem jej małżeństwa. 

Bohaterowie walczącego o Złotą Palmę dramatu przywołują na myśl postacie z nagrodzonej trzy lata temu "Anatomii upadku". Philip i Lucy stanowią pozornie szczęśliwe małżeństwo artystów. Lucy to kobieta sukcesu – matka i ceniona pianistka, która reinterpretuje w swojej kontrkulturowej twórczości kultowej piosenki o miłości. Philip jest z kolei wypalonym zawodowo filmowcem mającym dość telewizyjnej chałtury i mieszkania w mieście. Wspólnie wychowują swoje oczko w głowie: 9-letniego syna Johnny’ego, którego dzieciństwo mimo problemów ojca przypomina idyllę. Za namową mężczyzny rodzina przeprowadza się na wieś gdzieś pod Monachium. Wspólne montowanie trampoliny na ogrodzie, seks na materacu i zapach świeżo ściętej trawy – wydaje się, że w rodzinie Weissów nigdy nie było tak dobrze.

Marie Kreutzer lubi snuć opowieści w rytmie ulubionych brzmień, co pokazała chociażby w debiutującej cztery lata temu w Cannes ahistorycznej biografii Sisi pt. "W gorsecie". Ścieżka muzyczna jej najnowszego filmu przypomina damsko-męską spowiedź. Nie bez powodu Lucy śpiewa piosenki stworzone tylko przez mężczyzn. Nęci ją pewien paradoks: chłopaki rzucają rzewne wyznania do mikrofonu, choć w prawdziwym życiu nie spieszy im się do rozmawiania o własnych emocjach. Dlatego właśnie jej autorskie wykonanie "Would I Lie to You?" czy "Boys don't cry" niosą echo samospełniającej się przepowiedni. Reżyserka umieszcza w wybranych utworach swoistą przestrogę: nigdy nie ufaj nikomu bardziej niż sobie samej. Na własnej skórze doświadcza tego Lucy, gdy pewnego słonecznego poranka do drzwi ich domu puka policja, trzymając w ręku nakaz przeszukania komputera jej męża. "Napadłeś na bank?" – pyta go z mieszanką humoru i śmiertelnej powagi, choć przeczuwa, że prawda jest znacznie gorsza.

Gdy protagonistka dowiaduje się, że sprawą Philipa zajmuje się jednostka badająca przestępstwa związane z pornografią i przemocą seksualną wobec nieletnich, jej świat zatrzymuje się miejscu. Kreutzer inscenizuje to w wybitnie oszczędny sposób: Lucy stoi jak słup soli w windzie, wpatrując się w nazwę oddziału umieszczonego obok przycisku na piętro, gdzie kazano jej jechać. Rozmowa z policjantką Elsą (Jella Haase) tylko utwierdza kobietę w przekonaniu, że nie zna osoby, z którą dzieli swoje życie niemal od dekady.  Słowa przysięgi małżeńskiej tracą z dnia na dzień na znaczeniu. "Miłość jest cierpliwa, miłość jest dobra" – brzmi jak nieśmieszny żart w okolicznościach, w których Lucy zaczyna podejrzewać, że Jonny mógł zostać przez własnego ojca skrzywdzony. 

Widzowie wraz z bohaterką zaczynają kwestionować wszystko, co wydarzyło się dotąd w rodzinie Weissów. Nagość, która od zawsze była w ich domu czymś naturalnym i powszechnym, nagle przybiera znamiona przemocy. Pościel, w której spał Philip, napawa Lucy odrazą, a jego kłamstwa, napady paniki i godziny spędzone w nocy przed ekranem zaczynają układać się w jedną okropną całość. Mimo podrzucanych widzowi wskazówek, Kreutzer operuje jednak na niedopowiedzeniach i niespokojnym wrażeniu, że nigdy nie poznamy w pełni biegu minionych wydarzeń. Symbolem niemożności komunikacji między małżonkami staje się także kwestia ich wielojęzyczności. Lucy jest Francuzką, Philip – Niemcem, a ich rozmowy toczą się nierzadko w trzech różnych językach. W żadnym z nich bohaterowie nie mogą odnaleźć porozumienia. 

W Lucy tkwią dwie różne kobiety – ta, która wciąż szaleńczo kocha swojego partnera, i ta, dla której bezpieczeństwo dziecka staje się bezwzględnym priorytetem. "Są dwie najgorsze rzeczy, jakie może zrobić artystka: urodzić dziecko i wyprowadzić się na wieś" poucza córkę jej rozwiedziona matka, Eloise (Catherine Deneuve), pokazując, jak wiele Lucy poświęciła dla swojego męża. Poczucie rozdarcia protagonistki wzmacnia w filmie perspektywa funkcjonariuszki Kühn – w pracy bezwzględnej strażniczki prawa, a w domu – bezradnej wobec demencji ojca córki. Tragizm filmu potęguje spojrzenie matki Philipa, dla której dorosły syn zawsze będzie tylko dzieckiem, a przecież obowiązkiem matki jest ów dziecko bronić. 

"Gentle Monster" uderza widza zwłaszcza w pierwszej połowie opowieści, stopniowo odbierając nam, podobnie jak bohaterce, poczucie kontroli nad narracją. Wówczas film zwalnia tempo, przypominając pętlę powtarzających się sytuacji – limbo, z którego Lucy nie potrafi się uwolnić. Jak dowiaduje się od przyjaciela matki, to właśnie brak sprawczości i kusząca żądza jej odzyskania kieruje zachowaniem wielu dewiantów czy przestępców seksualnych. Zawodowe frustracje, kompleks niższości, poczucie bycia "niemęskim" – wszystko to zaczynamy dostrzegać w postawie Philipa, którego, co paradoksalne, atrakcyjność i niezachwiana kondycja fizyczna wysuwa się w wielu scenach na pierwszy plan. Pomnikowa cielesność Laurence’a Ruppa oraz jego ciepły uśmiech jedynie wzmagają dysonans, który odczuwamy, oglądając go na ekranie. Aż prosi się, aby Kreutzer spróbowała wejść w jego głowę głębiej – pokazała moralne rozterki, jak poczucie winy czy strach. Zupełnie jak w nagrodzonym Złotą Palmą dramacie sądowym Justine Triet perspektywa mężczyzny staje się jednak drugorzędna. 

Kreutzer umiejętnie łączy intymny dramat rodzinny z zaangażowanym kinem społecznym, podkreślając, jak często odpowiedzialność za czyny partnera/brata/ojca lub syna zmuszona jest brać kobieta. "Przecież byś coś zauważyła" – słowa Eloise świdrują w głowie Lucy, która choć nie powinna, czuje wyrzuty sumienia, że nie była odpowiednio czujna. Manewrując między głosem swojego serca i kolejnymi wersjami prawdy, które słyszy od męża, wcielająca się w główną rolę Léa Seydoux serwuje nam jeden z najlepszych występów tegorocznego konkursu w Cannes, a może i nawet w całej swojej karierze. Jej występ jest minimalistyczny i zarazem wstrząsający, złożony z rozedrganych spojrzeń, wybuchów emocji oraz mieszanki odrazy i rozczarowania wymalowanej na twarzy. To głównie dzięki niej "Gentle Monster" zostaje pod powiekami na długie godziny po seansie, a widzowie, zupełnie jak Lucy, zaczynają spoglądać na świat poprzez filtr podejrzliwości i wewnętrznego lęku. Jeśli właśnie nie taką sprawczość i siłę rażenia powinny dzierżyć walczące o canneńskie laury filmy, to nie wiem, czym kino miałoby nas jeszcze dzisiaj poruszyć. 
1 10
Moja ocena:
7
Czy uznajesz tę recenzję za pomocną?