Hamaguchi znakomicie rozwija tu środowiskowy konflikt znany już ze "Zła nie ma", ale ponownie interesuje go nie tyle eskalacja sporu, co sam proces dialogu. Marie-Lou nie próbuje nikogo moralnie
Niektóre rzeczy biorą cię z zaskoczenia. Bez zapowiedzi, bez przygotowania – po prostu wydarza się coś dobrego, coś tak dziwnie pięknego, że na chwilę przesuwa to rzeczywistość o kilka centymetrów. Tak właśnie dzieje się w życiu bohaterek "All of a Sudden". I tak samo zadziałał na mnie nowy Hamaguchi. To absolutny masterclass z jego kina: tematów, emocjonalnych napięć i poetyki, które japoński reżyser rozwija od lat. Film będący nie tyle kolejnym etapem kariery, co potwierdzeniem pełnej krystalizacji stylu twórcy, który już dawno wyrósł na jednego z największych współczesnych mistrzów kina.
Bo umówmy się – takie rzeczy zazwyczaj się nie udają. Te wszystkie próby łączenia Zachodu ze Wschodem, gdy azjatyccy twórcy wchodzą na obcy grunt kulturowy – albo, co gorsza, zachodni twórcy próbują "opowiadać Azję" – kończą się najczęściej albo karkołomną próbą kulturowej translacji, albo bezpiecznym kinem środka, często podszytym orientalizującym spojrzeniem. Dzień wcześniej oglądam w Cannes nowego Farhadiego ("Historie równoległe") i jednocześnie marzę, by Hamaguchi nie poszedł tą samą drogą. Na szczęście mówimy o twórcy, który jest dziś na zupełnie innym etapie. Każdy kolejny film potwierdza jego nieustanny rozwój, a francuski kontekst okazuje się dla niego twórczą pożywką, nie pułapką. Zaprasza do jeszcze bardziej intelektualnie nasyconego dialogu – i Hamaguchi korzysta z tego zaproszenia z imponującą swobodą.
Historia "All of a Sudden" przypomina trochę finałową nowelę z "W pętli ryzyka i fantazji" – tę, w której dwie kobiety przypadkiem mijają się na ruchomych schodach i przez krótką chwilę obie są przekonane, że rozmawiają z kimś znajomym. Bardzo szybko okazuje się, że żadna nie ma racji, ale pomiędzy pomyłką a rozmową rodzi się coś znacznie ciekawszego: fascynacja drugim człowiekiem i jego życiorysem.
Tutaj Hamaguchi wraca do podobnego motywu, choć relacja Marie-Lou i Mari okazuje się bardziej złożona. Ich spotkanie również jest dziełem przypadku, ale szybko zamienia się w serię rozmów, które mogłyby trwać bez końca – kolejnych prób odsłaniania własnych historii, lęków i sposobów myślenia. Marie-Lou jest antropolożką, studiowała w Japonii i dziś prowadzi progresywny ośrodek opieki dla osób starszych. Mari z kolei ukończyła filozofię na Sorbonie, a akademickie zaplecze przekuła w język własnego teatru – inscenizacji obsesyjnie krążących wokół komunikacji, emocjonalnych pęknięć i zdrowia psychicznego. U podstaw jej sztuki stoi afirmacja – nikt z bliska nie jest normalny.
Do spotkania Marie-Lou i Mari dochodzi za sprawą Tomokiego – chłopca w zaawansowanym spektrum autyzmu, który gubi się w parku. Marie-Lou trafia na niego przypadkiem i niemal natychmiast potrafi go uspokoić. W tej scenie Hamaguchi od razu odsłania fundament jej pracy: metodę humanitude, opartą na dotyku, głosie, kontakcie wzrokowym i wertykalności, czyli wprawianiu pacjenta w ruch. Chodzi o opiekę zakorzenioną w humanistycznej uważności – taką, która nie redukuje człowieka do choroby, lecz pozwala zachować cielesną i emocjonalną sprawczość mimo postępującego Alzheimera. Ciepło, cierpliwość i poczucie godności stają się tu czymś więcej niż terapią; budują relację opartą na zaufaniu i bezpieczeństwie.
Problem w tym, że w swojej pracy Marie-Lou nieustannie odbija się od instytucjonalnej ściany. Humanitude wymaga pełnego zaangażowania personelu, czasu i cierpliwości – a więc dóbr, które we współczesnym świecie pozostają chronicznie deficytowe. Dyrekcja placówki patrzy na metodę sceptycznie, część pracowników również nie wierzy w jej skuteczność, przez co bohaterka stopniowo wpada w zawodowy potrzask. Hamaguchi znakomicie rozwija tu środowiskowy konflikt znany już ze "Zła nie ma", ale ponownie interesuje go nie tyle eskalacja sporu, co sam proces dialogu. Marie-Lou nie próbuje nikogo moralnie pokonać ani zawstydzić – szuka porozumienia, nawet wtedy, gdy wie, że może go nie znaleźć. I właśnie ta konsekwentna odmowa konfliktowej dramaturgii okazuje się w kinie Hamaguchiego czymś tak odświeżającym, a nawet w pewien sposób wzruszającym.
Wtedy pojawia się sztuka Mari. Spotkanie po spektaklu uruchamia nową energię w życiu Marie-Lou, coraz bardziej wypalonej codzienną walką z systemem. Gdy bohaterka zada jej pytanie po japońsku, usłyszy odpowiedź, która stanie się emocjonalnym rdzeniem filmu: być może niemożliwe nigdy nie stanie się możliwe, ale możliwe pozostaje samo dążenie do niemożliwego. Od tego momentu Hamaguchi rozwija jedną z najpiękniejszych relacji w swoim kinie – platoniczną więź utkaną z rozmów, wzajemnej fascynacji i uważności wobec drugiego człowieka.
W trakcie sztuki Mari pojawi się też piękne pytanie: czy ktoś, kto jest zdrowy, może w pełni żyć? Japońska reżyserka choruje na raka, zostało jej kilka miesięcy z życia, w którym sama szuka już tylko afirmacji. Mimo że powoli dogasa, stara się twardo stąpać po ziemi, konfrontując swoją widownię z czymś być może niewygodnym. Tak jak i w "Drive My Car", sztuka teatralna staje się integralną częścią historii właściwej filmu, podobnie jak i niepełnosprawność i kwestie komunikacji. Tomoki, potrafiący komunikować się wyłącznie spazmatycznymi pomrukami, jest sprawczym elementem samej sztuki – intruzem i poruszycielem jednocześnie, którego nieprzewidywalna obecność wprowadza pierwiastek integracji tych, którzy zwykle stoją poza marginesem.
To seans wymagający. Ponad trzy godziny rozmów, wykładów i intelektualnych napięć krążących wokół tematów, które od dawna dominują globalny dyskurs. Hamaguchi splata refleksje o wpływie kapitalizmu na opiekę zdrowotną i kryzys demokracji z problemami szczególnie mocno rezonującymi w Japonii: śmiercią z przepracowania (karōshi), starzejącym się społeczeństwem (kōreika shakai) czy konfucjańskim etosem pracy, który podtrzymuje kulturę permanentnego wyczerpania. A jednak ani przez moment nie przypomina to akademickiego eseju przebranego za film. Reżyser pozwala swoim bohaterkom myśleć, wątpić, zaprzeczać samym sobie, szukać i błądzić, a stopniowo także i zbliżać emocjonalnie.
W pewnym momencie "All of a Sudden" niemal niepostrzeżenie zamienia się w wykład. Mari staje przy białej tablicy i zaczyna rozpisywać własne myśli wokół kapitalizmu – systemu, który drenuje energię, produkuje napięcia i rozsadza relacje międzyludzkie od środka. To zresztą nie pierwszy raz, gdy Hamaguchi pozwala sobie na tak otwarcie dydaktyczną sekwencję. Podobny gest pojawił się już w "Passion", kiedy nauczycielka przez kilka minut analizowała mechanizmy przemocy i agresji, próbując dotrzeć do ich źródeł. Tutaj precedens wraca, ale ponownie nie ma w sobie nic z akademickiej suchości. Kilkunastominutowy wywód o kapitalizmie ani przez moment nie nuży, bo Hamaguchi traktuje go nie jako ideologiczny monolog, lecz zaproszenie do wspólnego namysłu.
Najciekawsze pozostaje jednak to, że "All of a Sudden" nigdy nie osuwa się w prosty antykapitalistyczny manifest. W pewnym momencie sama Mari przyznaje przecież, że nie potrafi całkowicie odrzucić systemu, dzięki któremu może funkcjonować w świecie sztuki i kultury. I właśnie ta ambiwalencja okazuje się w filmie najcenniejsza. Hamaguchi nie ustawia się w pozycji moralnego arbitra, nie rozdaje politycznych recept ani nie buduje łatwych diagnoz. Zamiast tego cierpliwie otwiera kolejne pytania, pozostawiając miejsce na niejednoznaczność i wątpliwości. Dzięki temu jego kino pozostaje tak żywe – bo bardziej niż przekonywać, próbuje naprawdę zrozumieć.
Czy można nazwać to dydaktyzmem? Być może. Ale jeśli już, to dydaktyzmem otwartego dialogu – próbą uwrażliwienia widza na to, co dzieje się zarówno wokół nas, jak i wewnątrz nas samych, także na poziomie cielesnym. Po fascynacji przypadkiem, wielojęzykową komunikacją czy cielesnym przepracowywaniem traum Hamaguchi wchodzi chyba w nowy etap własnych małych obsesji. Tym razem interesuje go potrzeba zatrzymania się. Wyjścia z rytmu permanentnego przeciążenia. Uważnego rozejrzenia się wokół siebie, nawet jeśli brzmi to banalnie. A może przede wszystkim niezgody na przekonanie, że niemożliwe rzeczywiście musi pozostać niemożliwe.
Pomiędzy tym wszystkim powraca jeszcze jeden klasyczny motyw jego kina: warsztaty cielesności, sceny uczące bohaterów uważności wobec ciała drugiej osoby. W "Happy Hour" były to długie sekwencje cielesnego mindfulness, podobne tropy pojawiały się wcześniej także w "Touching the Skin of Eeriness". Tym razem jednak dotyk dotyczy ciał naznaczonych starością i chorobą – takich, które tylko na moment wybudzają się zza alzheimerowskiej mgły. Powiedzieć, że Hamaguchi filmuje te chwile z czułością, to właściwie nic nie powiedzieć. Jego spojrzenie próbuje uchwycić samą kruchość ludzkiej obecności, cielesną tkankę, która w "All of a Sudden" staje się formą cichego oporu.
Bo jak sugerują rozmowy Marie-Lou i Mari, ciało pozostaje jednym z najważniejszych pól walki z rzeczywistością podporządkowaną logice wydajności. Ciało przemęczone, chronicznie niewyspane, stale napięte i eksploatowane. Kiedy Hamaguchi zatrzymuje kamerę na prostej scenie masażu, trudno nie odnieść wrażenia, że również własne ciało zaczyna dostrajać się do rytmu tej chwili. Myślę wtedy o "Dniach" Tsai Ming-lianga – filmie, który tuż przed pandemią szukał podobnego cielesnego ukojenia. Ale jeszcze mocniej wraca zdanie Bessela van der Kolka: "the body keeps the score". Hamaguchi zdaje się doskonale rozumieć tę intuicję. Odpuszczenie nie jest tu eskapizmem, lecz próbą wyrwania się z logiki permanentnego konfliktu – takiego spojrzenia na rzeczywistość, które pozwala nie tyle wygrać spór, co znaleźć przestrzeń, by w ogóle móc się nawzajem usłyszeć.
Być może nikogo to nie obejdzie, ale "All of a Sudden" jest dla mnie filmem niezwykle osobistym. Rozmowy o byciu pomiędzy Europą a Japonią, które prowadzą Marie-Lou i Mari, trafiają w bardzo czuły punkt mojego własnego doświadczenia. Jako japonista wielokrotnie wpadałem w pułapkę nieustannej translacji – ciągłego przekładania kulturowych niuansów z jednego porządku na drugi, objaśniania różnic pomiędzy Japonią a Zachodem. I właśnie dlatego tak mocno porusza mnie podejście Hamaguchiego. Reżyser nie wytycza wyraźnej granicy pomiędzy jednym a drugim światem, nie buduje prostych kontrastów, ale próbuje znaleźć pewną syntezę myślenia – pomiędzy wschodnim kolektywizmem a zachodnim indywidualizmem. Bo w pewien sposób idea stojąca za humanitude wyrasta właśnie z myślenia o kolektywnej harmonii, a sama metoda wymaga kolektywnej współpracy.
Początkowo bohaterki rozmawiają po japońsku, by z czasem przejść na najbardziej naturalny dla siebie układ komunikacyjny: Mari mówi po japońsku, Marie-Lou odpowiada po francusku. Rozumieją się nie dlatego, że każde słowo zostaje idealnie przetłumaczone, ale dlatego że przede wszystkim potrafią się wzajemnie wyczuć. W tym niezwykłym językowym ustawieniu zachodni intelektualizm spotyka się z bardziej intuicyjnym, emocjonalnym rejestrem czucia, który Hamaguchi od lat wpisuje w swoje kino. Marie-Lou jest przy tym być może jedną z najciekawszych "zachodnich" postaci, jakie pojawiły się w japońskim kinie ostatnich lat – nie próbuje być bardziej japońska niż sami Japończycy, nie egzotyzuje obcej kultury ani jej nie fetyszyzuje. Przygląda się jej z antropologiczną ciekawością, dostrzega pęknięcia i paradoksy, ale zamiast łatwych osądów wybiera nieustanne zadawanie pytań.
To zresztą właśnie ten paradoks francusko-japońskiego doświadczenia obu bohaterek sprawia, że film działa inaczej niż większość narracji o spotkaniu Wschodu z Zachodem. Hamaguchi nie opowiada o zderzeniu dwóch odmiennych światów, lecz o ludziach, którzy już dawno istnieją pomiędzy nimi. Mari i Marie stają się dla siebie jednocześnie odbiciem i brakującym fragmentem – słuchając swoich historii, wypełniają nawzajem własne luki. Ten nieustanny dialog, płynny i intelektualnie uwodzicielski, buduje właściwy rytm filmu. I właśnie dlatego "All of a Sudden" wydaje mi się tak potrzebne: bo nie zamyka bohaterów w gotowych etykietach ani kulturowych definicjach.
Co ciekawe, Hamaguchi pracował nad tym projektem jeszcze przed "Drive My Car". Pandemia zatrzymała realizację filmu, ale już wtedy punktem wyjścia była historia performerki żyjącej w Paryżu i próbującej komunikować się poprzez sztukę w świecie, którego języka do końca nie rozumie. Część tych pomysłów reżyser rozwinął później w "Drive My Car", by następnie wrócić do pierwotnej koncepcji i przepisać ją na nowo – szerzej, dojrzalej, bez szukania prostych rozwiązań. Dzięki temu "All of a Sudden" okazuje się filmem nie tyle o samej komunikacji, co o ciągłym poszukiwaniu połączeń: międzykulturowych, emocjonalnych i społecznych, zawsze opartych na zasadzie wzajemności i, co ważne w kontekście francuskim, egalitarności.
Najpiękniejsze jest jednak to, że Hamaguchi sam zdaje się tworzyć kino zgodnie z zasadami humanitude. Dotyka swoich bohaterów z czułością, utrzymuje z nimi kontakt wzrokowy, pozwala im wybrzmieć. Dosłownie – w niemal każdym jego filmie pojawia się charakterystyczny gaze shot, tak chętnie wykorzystywany niegdyś przez Ozu, a u Hamaguchiego służący zaznaczaniu chwil deklaratywnej i największej emocjonalnej szczerości. Równie istotny pozostaje ruch. Jego bohaterowie rzadko bywają statyczni; nieustannie są w drodze, przemieszczają się, krążą wokół własnych traum i frustracji. W "Drive My Car" fizyczna podróż stawała się przecież warunkiem przepracowania żałoby i spojrzenia prawdzie w oczy.
Jeśli więc Hamaguchi buduje swoje kino w duchu wrażliwej humanistyki, w której ludzkie doświadczenie pozostaje absolutnym centrum, to "All of a Sudden" wydaje się najpełniejszym wyrazem jego autorskiej dojrzałości. To kino wyrafinowane i eleganckie, ale jednocześnie subtelnie rewolucyjne – niosące przekonanie, że prawdziwa zmiana zaczyna się od sposobu, w jaki patrzymy na drugiego człowieka. Jeśli miałaby istnieć nazwa dla tej rewolucji, niech wybrzmi pod hasłem Hamagunitude.