Recenzja filmu

Soudain (2026)
Ryûsuke Hamaguchi

Hamagunitude

Hamaguchi znakomicie rozwija tu środowiskowy konflikt znany już ze "Zła nie ma", ale ponownie interesuje go nie tyle eskalacja sporu, co sam proces dialogu. Marie-Lou nie próbuje nikogo moralnie
Hamagunitude
Niektóre rzeczy biorą cię z zaskoczenia. Bez zapowiedzi, bez przygotowania – po prostu wydarza się coś dobrego, coś tak dziwnie pięknego, że na chwilę przesuwa to rzeczywistość o kilka centymetrów. Tak właśnie dzieje się w życiu bohaterek "All of a Sudden". I tak samo zadziałał na mnie nowy Hamaguchi. To absolutny masterclass z jego kina: tematów, emocjonalnych napięć i poetyki, które japoński reżyser rozwija od lat. Film będący nie tyle kolejnym etapem kariery, co potwierdzeniem pełnej krystalizacji stylu twórcy, który już dawno wyrósł na jednego z największych współczesnych mistrzów kina.

Bo umówmy się – takie rzeczy zazwyczaj się nie udają. Te wszystkie próby łączenia Zachodu ze Wschodem, gdy azjatyccy twórcy wchodzą na obcy grunt kulturowy – albo, co gorsza, zachodni twórcy próbują "opowiadać Azję" – kończą się najczęściej albo karkołomną próbą kulturowej translacji, albo bezpiecznym kinem środka, często podszytym orientalizującym spojrzeniem. Dzień wcześniej oglądam w Cannes nowego Farhadiego ("Historie równoległe") i jednocześnie marzę, by Hamaguchi nie poszedł tą samą drogą. Na szczęście mówimy o twórcy, który jest dziś na zupełnie innym etapie. Każdy kolejny film potwierdza jego nieustanny rozwój, a francuski kontekst okazuje się dla niego twórczą pożywką, nie pułapką. Zaprasza do jeszcze bardziej intelektualnie nasyconego dialogu – i Hamaguchi korzysta z tego zaproszenia z imponującą swobodą. 

Historia "All of a Sudden" przypomina trochę finałową nowelę z "W pętli ryzyka i fantazji" – tę, w której dwie kobiety przypadkiem mijają się na ruchomych schodach i przez krótką chwilę obie są przekonane, że rozmawiają z kimś znajomym. Bardzo szybko okazuje się, że żadna nie ma racji, ale pomiędzy pomyłką a rozmową rodzi się coś znacznie ciekawszego: fascynacja drugim człowiekiem i jego życiorysem.

Tutaj Hamaguchi wraca do podobnego motywu, choć relacja Marie-Lou i Mari okazuje się bardziej złożona. Ich spotkanie również jest dziełem przypadku, ale szybko zamienia się w serię rozmów, które mogłyby trwać bez końca – kolejnych prób odsłaniania własnych historii, lęków i sposobów myślenia. Marie-Lou jest antropolożką, studiowała w Japonii i dziś prowadzi progresywny ośrodek opieki dla osób starszych. Mari z kolei ukończyła filozofię na Sorbonie, a akademickie zaplecze przekuła w język własnego teatru – inscenizacji obsesyjnie krążących wokół komunikacji, emocjonalnych pęknięć i zdrowia psychicznego. U podstaw jej sztuki stoi afirmacja – nikt z bliska nie jest normalny.

Do spotkania Marie-Lou i Mari dochodzi za sprawą Tomokiego – chłopca w zaawansowanym spektrum autyzmu, który gubi się w parku. Marie-Lou trafia na niego przypadkiem i niemal natychmiast potrafi go uspokoić. W tej scenie Hamaguchi od razu odsłania fundament jej pracy: metodę humanitude, opartą na dotyku, głosie, kontakcie wzrokowym i wertykalności, czyli wprawianiu pacjenta w ruch. Chodzi o opiekę zakorzenioną w humanistycznej uważności – taką, która nie redukuje człowieka do choroby, lecz pozwala zachować cielesną i emocjonalną sprawczość mimo postępującego Alzheimera. Ciepło, cierpliwość i poczucie godności stają się tu czymś więcej niż terapią; budują relację opartą na zaufaniu i bezpieczeństwie.

Problem w tym, że w swojej pracy Marie-Lou nieustannie odbija się od instytucjonalnej ściany. Humanitude wymaga pełnego zaangażowania personelu, czasu i cierpliwości – a więc dóbr, które we współczesnym świecie pozostają chronicznie deficytowe. Dyrekcja placówki patrzy na metodę sceptycznie, część pracowników również nie wierzy w jej skuteczność, przez co bohaterka stopniowo wpada w zawodowy potrzask. Hamaguchi znakomicie rozwija tu środowiskowy konflikt znany już ze "Zła nie ma", ale ponownie interesuje go nie tyle eskalacja sporu, co sam proces dialogu. Marie-Lou nie próbuje nikogo moralnie pokonać ani zawstydzić – szuka porozumienia, nawet wtedy, gdy wie, że może go nie znaleźć. I właśnie ta konsekwentna odmowa konfliktowej dramaturgii okazuje się w kinie Hamaguchiego czymś tak odświeżającym, a nawet w pewien sposób wzruszającym.

Wtedy pojawia się sztuka Mari. Spotkanie po spektaklu uruchamia nową energię w życiu Marie-Lou, coraz bardziej wypalonej codzienną walką z systemem. Gdy bohaterka zada jej pytanie po japońsku, usłyszy odpowiedź, która stanie się emocjonalnym rdzeniem filmu: być może niemożliwe nigdy nie stanie się możliwe, ale możliwe pozostaje samo dążenie do niemożliwego. Od tego momentu Hamaguchi rozwija jedną z najpiękniejszych relacji w swoim kinie – platoniczną więź utkaną z rozmów, wzajemnej fascynacji i uważności wobec drugiego człowieka.

W trakcie sztuki Mari pojawi się też piękne pytanie: czy ktoś, kto jest zdrowy, może w pełni żyć? Japońska reżyserka choruje na raka, zostało jej kilka miesięcy z życia, w którym sama szuka już tylko afirmacji. Mimo że powoli dogasa, stara się twardo stąpać po ziemi, konfrontując swoją widownię z czymś być może niewygodnym. Tak jak i w "Drive My Car", sztuka teatralna staje się integralną częścią historii właściwej filmu, podobnie jak i niepełnosprawność i kwestie komunikacji. Tomoki, potrafiący komunikować się wyłącznie spazmatycznymi pomrukami, jest sprawczym elementem samej sztuki – intruzem i poruszycielem jednocześnie, którego nieprzewidywalna obecność wprowadza pierwiastek integracji tych, którzy zwykle stoją poza marginesem. 

To seans wymagający. Ponad trzy godziny rozmów, wykładów i intelektualnych napięć krążących wokół tematów, które od dawna dominują globalny dyskurs. Hamaguchi splata refleksje o wpływie kapitalizmu na opiekę zdrowotną i kryzys demokracji z problemami szczególnie mocno rezonującymi w Japonii: śmiercią z przepracowania (karōshi), starzejącym się społeczeństwem (kōreika shakai) czy konfucjańskim etosem pracy, który podtrzymuje kulturę permanentnego wyczerpania. A jednak ani przez moment nie przypomina to akademickiego eseju przebranego za film. Reżyser pozwala swoim bohaterkom myśleć, wątpić, zaprzeczać samym sobie, szukać i błądzić, a stopniowo także i zbliżać emocjonalnie.

W pewnym momencie "All of a Sudden" niemal niepostrzeżenie zamienia się w wykład. Mari staje przy białej tablicy i zaczyna rozpisywać własne myśli wokół kapitalizmu – systemu, który drenuje energię, produkuje napięcia i rozsadza relacje międzyludzkie od środka. To zresztą nie pierwszy raz, gdy Hamaguchi pozwala sobie na tak otwarcie dydaktyczną sekwencję. Podobny gest pojawił się już w "Passion", kiedy nauczycielka przez kilka minut analizowała mechanizmy przemocy i agresji, próbując dotrzeć do ich źródeł. Tutaj precedens wraca, ale ponownie nie ma w sobie nic z akademickiej suchości. Kilkunastominutowy wywód o kapitalizmie ani przez moment nie nuży, bo Hamaguchi traktuje go nie jako ideologiczny monolog, lecz zaproszenie do wspólnego namysłu.

Najciekawsze pozostaje jednak to, że "All of a Sudden" nigdy nie osuwa się w prosty antykapitalistyczny manifest. W pewnym momencie sama Mari przyznaje przecież, że nie potrafi całkowicie odrzucić systemu, dzięki któremu może funkcjonować w świecie sztuki i kultury. I właśnie ta ambiwalencja okazuje się w filmie najcenniejsza. Hamaguchi nie ustawia się w pozycji moralnego arbitra, nie rozdaje politycznych recept ani nie buduje łatwych diagnoz. Zamiast tego cierpliwie otwiera kolejne pytania, pozostawiając miejsce na niejednoznaczność i wątpliwości. Dzięki temu jego kino pozostaje tak żywe – bo bardziej niż przekonywać, próbuje naprawdę zrozumieć.

Czy można nazwać to dydaktyzmem? Być może. Ale jeśli już, to dydaktyzmem otwartego dialogu – próbą uwrażliwienia widza na to, co dzieje się zarówno wokół nas, jak i wewnątrz nas samych, także na poziomie cielesnym. Po fascynacji przypadkiem, wielojęzykową komunikacją czy cielesnym przepracowywaniem traum Hamaguchi wchodzi chyba w nowy etap własnych małych obsesji. Tym razem interesuje go potrzeba zatrzymania się. Wyjścia z rytmu permanentnego przeciążenia. Uważnego rozejrzenia się wokół siebie, nawet jeśli brzmi to banalnie. A może przede wszystkim niezgody na przekonanie, że niemożliwe rzeczywiście musi pozostać niemożliwe.

Pomiędzy tym wszystkim powraca jeszcze jeden klasyczny motyw jego kina: warsztaty cielesności, sceny uczące bohaterów uważności wobec ciała drugiej osoby. W "Happy Hour" były to długie sekwencje cielesnego mindfulness, podobne tropy pojawiały się wcześniej także w "Touching the Skin of Eeriness". Tym razem jednak dotyk dotyczy ciał naznaczonych starością i chorobą – takich, które tylko na moment wybudzają się zza alzheimerowskiej mgły. Powiedzieć, że Hamaguchi filmuje te chwile z czułością, to właściwie nic nie powiedzieć. Jego spojrzenie próbuje uchwycić samą kruchość ludzkiej obecności, cielesną tkankę, która w "All of a Sudden" staje się formą cichego oporu.

Bo jak sugerują rozmowy Marie-Lou i Mari, ciało pozostaje jednym z najważniejszych pól walki z rzeczywistością podporządkowaną logice wydajności. Ciało przemęczone, chronicznie niewyspane, stale napięte i eksploatowane. Kiedy Hamaguchi zatrzymuje kamerę na prostej scenie masażu, trudno nie odnieść wrażenia, że również własne ciało zaczyna dostrajać się do rytmu tej chwili. Myślę wtedy o "Dniach" Tsai Ming-lianga – filmie, który tuż przed pandemią szukał podobnego cielesnego ukojenia. Ale jeszcze mocniej wraca zdanie Bessela van der Kolka: "the body keeps the score". Hamaguchi zdaje się doskonale rozumieć tę intuicję. Odpuszczenie nie jest tu eskapizmem, lecz próbą wyrwania się z logiki permanentnego konfliktu – takiego spojrzenia na rzeczywistość, które pozwala nie tyle wygrać spór, co znaleźć przestrzeń, by w ogóle móc się nawzajem usłyszeć.

Być może nikogo to nie obejdzie, ale "All of a Sudden" jest dla mnie filmem niezwykle osobistym. Rozmowy o byciu pomiędzy Europą a Japonią, które prowadzą Marie-Lou i Mari, trafiają w bardzo czuły punkt mojego własnego doświadczenia. Jako japonista wielokrotnie wpadałem w pułapkę nieustannej translacji – ciągłego przekładania kulturowych niuansów z jednego porządku na drugi, objaśniania różnic pomiędzy Japonią a Zachodem. I właśnie dlatego tak mocno porusza mnie podejście Hamaguchiego. Reżyser nie wytycza wyraźnej granicy pomiędzy jednym a drugim światem, nie buduje prostych kontrastów, ale próbuje znaleźć pewną syntezę myślenia – pomiędzy wschodnim kolektywizmem a zachodnim indywidualizmem. Bo w pewien sposób idea stojąca za humanitude wyrasta właśnie z myślenia o kolektywnej harmonii, a sama metoda wymaga kolektywnej współpracy.

Początkowo bohaterki rozmawiają po japońsku, by z czasem przejść na najbardziej naturalny dla siebie układ komunikacyjny: Mari mówi po japońsku, Marie-Lou odpowiada po francusku. Rozumieją się nie dlatego, że każde słowo zostaje idealnie przetłumaczone, ale dlatego że przede wszystkim potrafią się wzajemnie wyczuć. W tym niezwykłym językowym ustawieniu zachodni intelektualizm spotyka się z bardziej intuicyjnym, emocjonalnym rejestrem czucia, który Hamaguchi od lat wpisuje w swoje kino. Marie-Lou jest przy tym być może jedną z najciekawszych "zachodnich" postaci, jakie pojawiły się w japońskim kinie ostatnich lat – nie próbuje być bardziej japońska niż sami Japończycy, nie egzotyzuje obcej kultury ani jej nie fetyszyzuje. Przygląda się jej z antropologiczną ciekawością, dostrzega pęknięcia i paradoksy, ale zamiast łatwych osądów wybiera nieustanne zadawanie pytań.

To zresztą właśnie ten paradoks francusko-japońskiego doświadczenia obu bohaterek sprawia, że film działa inaczej niż większość narracji o spotkaniu Wschodu z Zachodem. Hamaguchi nie opowiada o zderzeniu dwóch odmiennych światów, lecz o ludziach, którzy już dawno istnieją pomiędzy nimi. Mari i Marie stają się dla siebie jednocześnie odbiciem i brakującym fragmentem – słuchając swoich historii, wypełniają nawzajem własne luki. Ten nieustanny dialog, płynny i intelektualnie uwodzicielski, buduje właściwy rytm filmu. I właśnie dlatego "All of a Sudden" wydaje mi się tak potrzebne: bo nie zamyka bohaterów w gotowych etykietach ani kulturowych definicjach.

Co ciekawe, Hamaguchi pracował nad tym projektem jeszcze przed "Drive My Car". Pandemia zatrzymała realizację filmu, ale już wtedy punktem wyjścia była historia performerki żyjącej w Paryżu i próbującej komunikować się poprzez sztukę w świecie, którego języka do końca nie rozumie. Część tych pomysłów reżyser rozwinął później w "Drive My Car", by następnie wrócić do pierwotnej koncepcji i przepisać ją na nowo – szerzej, dojrzalej, bez szukania prostych rozwiązań. Dzięki temu "All of a Sudden" okazuje się filmem nie tyle o samej komunikacji, co o ciągłym poszukiwaniu połączeń: międzykulturowych, emocjonalnych i społecznych, zawsze opartych na zasadzie wzajemności i, co ważne w kontekście francuskim, egalitarności.

Najpiękniejsze jest jednak to, że Hamaguchi sam zdaje się tworzyć kino zgodnie z zasadami humanitude. Dotyka swoich bohaterów z czułością, utrzymuje z nimi kontakt wzrokowy, pozwala im wybrzmieć. Dosłownie – w niemal każdym jego filmie pojawia się charakterystyczny gaze shot, tak chętnie wykorzystywany niegdyś przez Ozu, a u Hamaguchiego służący zaznaczaniu chwil deklaratywnej i największej emocjonalnej szczerości. Równie istotny pozostaje ruch. Jego bohaterowie rzadko bywają statyczni; nieustannie są w drodze, przemieszczają się, krążą wokół własnych traum i frustracji. W "Drive My Car" fizyczna podróż stawała się przecież warunkiem przepracowania żałoby i spojrzenia prawdzie w oczy.

Jeśli więc Hamaguchi buduje swoje kino w duchu wrażliwej humanistyki, w której ludzkie doświadczenie pozostaje absolutnym centrum, to "All of a Sudden" wydaje się najpełniejszym wyrazem jego autorskiej dojrzałości. To kino wyrafinowane i eleganckie, ale jednocześnie subtelnie rewolucyjne – niosące przekonanie, że prawdziwa zmiana zaczyna się od sposobu, w jaki patrzymy na drugiego człowieka. Jeśli miałaby istnieć nazwa dla tej rewolucji, niech wybrzmi pod hasłem Hamagunitude.
1 10
Moja ocena:
9
Czy uznajesz tę recenzję za pomocną?