Recenzja filmu

Butterfly Jam (2026)
Kantemir Bałagow

Motyla noga

Po tym, jak w "Bliskości" i "Wysokiej dziewczynie" reżyser przyzwyczaił nas do empatycznych portretów kobiet, w najnowszym projekcie jednoznacznie zwraca się ku męskiej perspektywie. 
Motyla noga
Reżyseria to także sztuka adaptacji twórczej wizji do nieprzewidzianych okoliczności. Na własnej skórze przekonał się o tym Kantemir Bałagow – przed kilkoma laty jeden z największych talentów wschodniego kina, który wyróżnienie na świadectwie otrzymał od samego Aleksandra Sokurowa. Dziś persona non grata, nieśmiało wyglądająca z otchłani cancelu, w którą wepchnięto go rękami wszystkich możliwych politycznych motywacji. Nieśmiało, bo choć jego "Butterfly Jam" otworzył sekcję Director’s Fortnight na tegorocznej edycji festiwalu w Cannes, powszechny dystans do jego postaci pozostaje niewiele słabszy niż w 2022 roku – nawet pomimo faktu, że pierwszego dnia inwazji na Ukrainę potępił swoją ojczyznę, a dwa tygodnie później zaszczuty uciekł do Stanów Zjednoczonych wraz z partnerką Kirą Kowalenko. Nasze serce jest z Ukrainą i Rosjanami, którzy sprzeciwiają się temu koszmarowi – napisał wówczas w mediach społecznościowych, po czym na kilka lat zapadł się pod ziemię. Problem, co z nim zrobić, rozwiązał się sam.

W dniu pełnometrażowego debiutu, "Bliskości", Bałagow miał 25 lat. "Wysoką dziewczynę" pokazał światu w wieku 27 – po nagrodę za reżyserię sekcji Un Certain Regard sięgnął wcześniej niż większość pierwszoroczniaków wyciąga ręce po indeksy do łódzkiej filmówki. Dwa filmy, dwie premiery na Lazurowym Wybrzeżu – to potrafi zadziałać na wyobraźnię i odpalić twórczą korbę na całego. Może dlatego "Monicę" (przemianowaną później na "Butterfly Jam") chciał nakręcić już świeżo po 30-tce w rodzinnym Nalczyku; scenariusz był gotowy, większość preprodukcji zresztą też. Pierwszy klaps nigdy jednak nie zapadł. Potem przyszła rosyjska agresja, a krótko po niej szarpanie się o odpowiednie papiery, emigracja, nieudana przygoda zawodowa przy "The Last of Us", głębokie załamanie i deklaracja zakończenia reżyserskiej kariery (Dwa filmy to i tak aż za wiele – wyjaśnił na Instagramie). Swój powrót w 2026 roku argumentuje chęcią uratowania scenariusza tworzonego wspólnie z pisarką Mariną Stiepanową. Myślę jednak, że niemały wpływ mogła mieć też wiadomość od Barry’ego Keoghana, wyrażająca zachwyt "Wysoką dziewczyną" i otwartość na ewentualną współpracę. Wielcy twórcy i my maluczcy nie różnimy się w końcu tak bardzo. Czasami wszystko zmienia sprawdzenie DM-ów o odpowiedniej porze.

Żeby "uratować scenariusz", trzeba było rzucić go na stół operacyjny: sporo poucinać, drugie tyle przyszyć, zostawić sprawnie działające organy i pozbyć się tych dotkniętych martwicą. Reżyserowi zależało jednak na zachowaniu osobistego charakteru opowieści, w zamyśle portretującej wyjątkowość mniejszości, w kręgu której dorastał i która – znacznie mocniej niż Rosja – zbudowała kręgosłup jego tożsamości. Opowieść o (rodzinnej) społeczności Czerkiesów w Kaukazie Północnym przeobraziła się więc w opowieść o (obcej) społeczności Czerkiesów w New Jersey. Przesunięcie niby niewielkie, ale znaczące – Bałagow konstytuujące go doświadczenia z życia w ojczyźnie zamienił bowiem na bardziej współczesne i aktualne dla siebie poczucie wyobcowania za oceanem. Serce tymczasem zostało na swoim miejscu, bijąc dla dominujących scenariusz tematów dysfunkcyjnej męskości i blokad w wyrażeniu jej wrażliwych potencjałów.

Blokad, swoją drogą, wpisanych głęboko w czerkieskie DNA. Adyge Chabze, zbiór moralnych zasad kaukaskiej wspólnoty, uwypukla znaczenie cnoty samokontroli i emocjonalnej powściągliwości, niepoddawania się impulsom. Być może dlatego też mężczyźni z tej grupy etnicznej od stuleci cieszyli się opinią wybitnych wojowników, historycznie zmuszonych do ciągłej obrony przed atakującymi ich tereny najeźdźcami – przeważnie z pozycji jednoznacznej przewagi. Choć bohaterom "Butterfly Jam" daleko do modelowych przedstawicieli rodzimej społeczności, w filmie Bałagowa toczą swoje własne boje: czasem na zapaśniczym ringu, czasem w ciasnych czterech ścianach własnego mieszkania.

Po tym, jak w "Bliskości" i "Wysokiej dziewczynie" reżyser przyzwyczaił nas do empatycznych portretów kobiet, w najnowszym projekcie jednoznacznie zwraca się ku męskiej perspektywie. Barry Keoghan jako Azik powtarza tu swoją rolę z "Bird" Andrei Arnold – może i tatuaże robali na ciele wymienił na kulinarny talent do smażenia najlepszych delenów w mieście, ale luźne, niezobowiązujące (mówiąc eufemistycznie) podejście do życia nie opuszcza go ani po narodzinach syna, ani po przedwczesnej śmierci partnerki. Oba te doświadczenia zdają się na pierwszy rzut oka nie definiować go w żaden sposób. Twarz Keoghana wydobywa wieczną chłopięcość bohatera; można powiedzieć – małoksiążęctwo, gdyby protagonista powiastki Saint-Exupéry’ego zamiast planet odwiedzał domy publiczne i pił na umór w uklejonych alkoholem pubach.

Dla swojego szesnastoletniego syna Temira (Talha Akdogan) pozostaje jednak wzorem: trochę starszym przyjacielem, trochę baśniową figurą, trochę tożsamościowym punktem odniesienia – najsilniejszym połączeniem z ziemią przodków, a nawet bardziej jej temperamentem i kulturową specyfiką. Tych połączeń widać wokół niego jednak więcej. Jest więc ciotka Zalya (Riley Keough), właścicielka przydrożnej knajpki z czerkieskimi specjałami, w której pracuje Azik. Jest Marat (Harry Melling), zahukany kolega ojca z rzadką umiejętnością wpadania wyłącznie na głupie pomysły. W końcu jest i Aslan, lokalny biznesmen, jawiący się jako jedyna szansa na awans społeczny i mocniejsze poczucie przynależności do amerykańskich realiów – świata, w którym niby żyją, a jednak bardziej obserwują z poziomu osadzonej na marginesie diaspory.

Bałagow wciska przycisk "record" w najciekawszym momencie redefiniowania się dynamik między bohaterami. Pierwsze zapaśnicze sukcesy sportowe dorastającego syna budują pewność siebie, ale i świadomość własnej siły, także tej mentalnej. Na tle jego wzrastania Azik natomiast coraz bardziej się kurczy, obnażając swoje słabości i życiową nieważkość, nieprzywiązanie do czegokolwiek, co namacalne – jak "Czerwony balonik" z filmu Lamorisse’a. W ten sposób "Butterfly Jam" rozpoczyna proces rozklejania się dwóch porządków: idealizowanej figury ojca i kruchego mężczyzny, który tyle lat się za nią ukrywał.

Twórca bardzo świadomie nie doprowadza go jednak do końca. Gdy już wydaje się, że chłopak odrzuci ojcowski autorytet, scenariusz stawia próg zwalniający, powodując niespodziewaną przewrotkę. Wszystko przez to, że bardziej niż psychologią bohaterów Bałagow zainteresowany jest poziomem ich samoświadomości; sposobami, w jakie budują opowieści o sobie samych. Anegdoty, które – powtórzone wystarczająco wiele razy – zamieniają się w rodzinne legendy i baśnie. Tym jest choćby tytułowy dżem z motyli, którym ze smakiem zajada się całe New Jersey. Po smarowane nim deleny (regionalne placki mączno-ziemniaczane o wyglądzie grubych naleśników) ustawiają się zdaniem chłopca kilkusetmetrowe kolejki, których na własne oczy nigdy nie widzimy przed zazwyczaj świecącą pustkami knajpą. Obiektywna rzeczywistość nie ma znaczenia, nigdy nie miała, bo od brzydoty świata lepiej odwrócić wzrok w przeciwnym kierunku.

Ta brzydota przez większość seansu nie rzuca się w oczy; na pewno nie tak jak w wyniszczających studiach przypadków z poprzednich filmów Bałagowa. Z "Wysokiej dziewczyny" pamiętam fabularny hardkor, ale pamiętam też wysoki kontrast zdjęć oddychających nasyconymi żółciami i zieleniami. "Butterfly Jam" jest zimniejszy w obrazku, za to cieplejszy w formule (momentami film trąca zupełnie zaskakujące komediowe nuty) i portrecie nieoczywistych relacji. Te, osadzone na poczuciu niewystarczania i niedoboru, są naraz łagodzącym życie balsamem i wiecznym punktem odniesienia; oglądając film, ma się poczucie, że bohaterowie poza nimi nie istnieją. Trwałe połączenia między nimi reżyser buduje równie mocno słowem, co gestem. Jego kamera napawa się każdym fizycznym kontaktem: każdym zapaśniczym ciosem i każdym przyjacielskim kuksańcem, każdą dźwignią i ręką położoną na ramieniu. Wierzy, że dotyk jest przekaźnikiem emocji (kto widział, ten wie, do jak bardzo patologicznego poziomu), zwłaszcza w świecie pozamykanym na ich bardziej dojrzałe przejawy. 

Paradoksalnie, by Temir miał szansę się ich nauczyć, musi jeszcze mocniej osadzić się w świecie sportowej rywalizacji i wyswobodzić z klinczu, w którym trzyma go czerkieska wspólnota. To kontakt z poznaną w zapaśniczym klubie dziewczyną rozbudzi w nim pragnienie innej emocji, nigdy dotąd niedostępnej w ciasnym kręgu diaspory. Diaspory, ponad którą – jeśli mam strzelać – z czasem w końcu się wybije. Być może tak jak i sam Kantemir Bałagow, szukający na emigracji przestrzeni, by zdefiniować samego siebie na nowo.
1 10
Moja ocena:
6
Czy uznajesz tę recenzję za pomocną?