David Lynch to jeden z tych twórców, których dzieła można albo bezwarunkowo zaakceptować, albo definitywnie odrzucić. Specyficzny sposób budowania konstrukcji filmowej i kreowania
David Lynch to jeden z tych twórców, których dzieła można albo bezwarunkowo zaakceptować, albo definitywnie odrzucić. Specyficzny sposób budowania konstrukcji filmowej i kreowania równoległych, przenikających się światów wymaga od odbiorcy szczególnej uwagi i umiejętności łączenia, pozornie nieistotnych, szczegółów. Jednych takiego rodzaju sztuka fascynuje, innym wydaje się hermetyczna i niezrozumiała. Pod względem fabuły najnowsze "dziecko" Lyncha nie ustępuje poprzednim (najbliżej mu do "Mulholland Drive"), pełnym namiętności i surrealizmu historiom, w których nic nie jest jednoznaczne. W "Inland Empire" śledzimy losy popularnej aktorki Nikki Grace (fenomenalna, wybitna i co tylko można powiedzieć najlepszego, Laura Dern), która dostaje rolę w remaku pewnej produkcji opartej na starej cygańskiej legendzie. Jej ekranowym partnerem zostaje wielbiciel kobiecych kształtów, Devon (Justin Theroux). Stopniowo ekranowa rzeczywistość zaczyna mieszać się z życiem prywatnym, realizacja filmu skręca w niepokojące rewiry, a przeszłość zlewa się w jedno z przyszłością i teraźniejszością. Perspektywy czasowe u Lyncha zawsze współgrały ze sobą tworząc równoległe światy rządzące się odmiennymi prawami. Logika snu, na podstawie, której reżyser tworzy swoje historie także i tym razem prowadzi przez pomieszane fakty i wizyjne wydarzenia do przewrotnego rozwiązania, które każdy zrozumie inaczej. Zagubiona dziewczyna (Karolina Gruszka), płacząca przed ekranem telewizora, w którym wyświetlana jest audycja o trzech królikach wzbogacona playbackowym śmiechem, może być odebrana jako upadek kulturalno - edukacyjnej funkcji telewizji lub jako metaforę Alicji z krainy czarów, która po przejściu przez lustro zabłądziła w głębi króliczej nory. A może tak naprawdę za szklanym ekranem kryje się jej historia, albo historia jej alter ego? Interpretacyjna mnogość jest u Lyncha rodzajem zabawy, obcowaniem ze stworzoną historią i nadawaniem jej wymiarów zależnych od odbiorcy, pełniącego tutaj główną rolę. Rolę twórczego przetwarzania i uczestniczenia w opowieści, angażu, o który w dzisiejszym kinie ciężko. Poza tym David Lynch przez lata swojej twórczości wyrobił swój specyficzny, niepodrabialny, hipnotyzujący styl (patrz nieudane "Zostań"Marca Forstera). Perfekcyjne połączona z kolejnymi scenami muzyka Angelo Badalamentiego dopełnia atmosfery niepewności i zagrożenia, co sprawia, że niemal trzygodzinna produkcja mija szybko i bezboleśnie. "Inland Empire" to także fascynująca podróż w głąb ludzkiej jaźni, propagująca (osobiście bardzo mi bliską) teorię względności czasu, którego pętla spowija wszystkie poczynania bohaterów. Zaburzona zostaje reakcja przyczynowo - skutkowa, pojęcie chronologii przestaje istnieć, a bohaterowie są zmienną upostaciowionych motywów, które wykorzystane były już w tuzinie innych historii. Znaczy to tyle, że każda historia, czy to miłości, zdrady, czy morderstwa została już rozegrana, a jej analogie zależą od sposobu, w jaki się je przedstawi. Wypływa z tego bardzo ciekawa filozofia, co prawda odkryta już dawno, jednak przez Lyncha pogłębiona. Otóż wszyscy, w swoim życiu jesteśmy aktorami i nie chodzi tu o Boży teatr, gdzie występujemy jako lalki, ani o maski, które nosimy w codziennym życiu, lecz o pierwotne uczucia i zachowania, które bezustannie odtwarzamy. Tak naprawdę, więc nasza tożsamość przestaje mieć znaczenie, a nawet traci rację bytu! Nikki Grace odrywa rolę Susan Blue i odwrotnie. Obie także pośrednio grają zagubioną dziewczynę. Także Devon wciela się/jest Billym, ale mógłby być także kimkolwiek innym. Bo czy to kim jesteśmy zależy od nas? Czy też wszyscy jesteśmy twarzą jednego człowieka złożoną z danych nam przez naturę bodźców? Ta materialistyczno-egzystencjalna teoria jest zawile, ale precyzyjnie wpleciona w wymowę filmu i wzbogaca jego (i tak już szerokie) pole interpretacyjne. David Lynch wciąż jest wielkim hipnotyzerem ekranu i wciąż potrafi dotrzeć tam, gdzie nikt inny dotrzeć nie chce, boi się bądź nie potrafi. Zaklęte rewiry naszego umysłu są wyboistą drogą, bez żadnych oznaczeń. Drogą gotową w jednej chwili nieuwagi bądź nieostrożności zmienić się w zagubioną autostradę. Do takiej podróży potrzebny jest wybitny przewodnik, który swoim umysłem nakreśli kontury mapy, bez jego "Inland Empire" nie dowiemy się, kogo widzimy po drugiej stronie lustra.
110
Moja ocena:
6
Czy uznajesz tę recenzję za pomocną?
Udostępnij
Facebook
X
Udostępnij
Skopiuj link
Obserwuj nas na Google News
Obserwuj nas na Google News
Obserwuj nas na Google News
Obserwuj nas na Google News
Dodaj Filmweb jako preferowane źródło w Google
Częściej zobaczysz nasze artykuły w wynikach wyszukiwania.