Recenzja filmu

Inni ludzie (2021)
Aleksandra Terpińska

Wszyscy najmądrzejsi

Kiedy gdyńska fala straci impet, pewnie się zacznie: że to wszystko martwe znaki, publicystyczne figury, że w katedrze tylko echo. Wydaje mi się jednak, że debiutująca w pełnym ...
Wszyscy najmądrzejsi
źródło: materialy promocyjne
autor: © 2020 Madants & Warner Bros. Entertainment Inc. All Rights Reserved. Fot. Anna Włoch
Za oknem niebo ołowiane, na dywanie igły opadłe z choinki jak złudzenia; dźwięk jeżdżenia windy zbudził go i uczucie otwartego okna, choć kołdra mokra od potu, sucha morda, napoi wyskokowych posmak, to znak, że trochę wczoraj pogrzał... Kamil budzi się ze snu o statku z klocków lego przemierzającym kosmos; statku, w którym, inaczej niż w życiu, siedzi za sterami. Adaś Miauczyński powiedziałby zapewne coś w stylu "ja pierdolę", chociaż śniłby o obradach Sejmu, albo o Polskich Kolejach Państwowych. Kamil mówić nie musi, nawija za niego sam Jezus Chrystus w koronie cierniowej, bluzie z kapturem i czapce z daszkiem nasuniętej na przetłuszczone włosy. Z Synem Bożym bohater spotyka się w sztuce – wspólnie rapują o burej Polsce i o tym, że w każdym Polaku są dwa wilki. Jeden jest żałosny w chuj dwulicowy nara. Drugi chce coś z Avonu.  



Filmowi "Inni ludzie" Aleksandry Terpińskiej, podobnie jak literacki pierwowzór Doroty Masłowskiej, zostawiają człowieka z uczuciem, do którego można przyrównać  jedynie terkot kół pociągu, obijający się po czaszce na długo po zakończeniu podróży. Z kinowej sali na ulicę wychodzi się wówczas z przeświadczeniem, że wszyscy drepczemy do jednego beatu, na sklepowych szyldach zapisano niewypowiedziane myśli, a gdzieś nad miastem wisi niewidzialny metronom. Pulsujący rytm zrównuje doświadczenia neutralne, przyjemne i frustrujące, wszystko wpada do jednego worka: promocje w Rossmanie i tramwajowa arystokracja, straszni mieszczanie i komitety powitalne z blokowisk, nadające o końcu świata media i dieta pudełkowa. Jasne, nie ma w takim lamencie na zatomizowane społeczeństwo, komunikacyjną niemoc oraz smutne oczy drobiu nic odkrywczego. Ale czy naprawdę musi być, skoro w gatunku polskacore, rozciągającym się gdzieś pomiędzy głęboko humanistyczną balladą "Każdy ponad każdym" zespołu WWO oraz balzakowskim dorobkiem Marka Koterskiego, chodzi raczej o temperaturę emocji oraz siłę ciosu? Wystarczy, że Terpińska naparza bez litości.  

Przewodników po wyjątkowo niegościnnej, nawet jak na tradycję polskiego kina, Warszawie jest kilkoro. Przećpany raper Kamil (fantastyczny, balansujący na granicy maczystowskiej bufonady i dresiarskiego sentymentalizmu Jacek Beler) ucieka z domu o świcie i wraca po zmroku jedynie po magdalenkę – obracając w dłoniach klocki lego, wspomina czasy, gdy nie znajdował się na kursie kolizyjnym z całym światem. Jego dziewczyna Aneta ("Jeszcze nie widzieliście mojej Ostatecznej Formy!" – mogłaby wykrzyczeć grana przez tę samą Magdalenę Koleśnik bohaterka "Sweat")  szuka poważnego związku, lecz póki co rapuje jedynie o dojmującej samotności. Są jeszcze mieszkańcy szklanego zamku, średni wyżsi z drugiego brzegu – On (Marek Kalita) uwikłany w romans z koleżanką z pracy, Ona (Sonia Bohosiewicz) poszukująca bliskości w niezobowiązującym seksie z Kamilem. A także cały chór grecki - od napompowanych byczków, którzy w siłowniach odkrywają homoerotyczne pokusy, przez masakrowane dyktatem mediów społecznościowych dziewczyny z kompleksami, po Matkę Boską interwencyjną. No i, last but not least, Jezus z Alfa Centauri (Sebastian Fabiański), którego stać wyłącznie na współczucie i który wlewa strumień narodowej świadomości w narracyjne ramy. 



Rapują bez wyjątku wszyscy. Trochę jak w niedawnym, rock-operowym "Anette" Leosa Caraxa, choć podstawową miarą odróżniającą nużący performance od energetyzującego slamu jest sam język. Fraza Masłowskiej, jej metafory i porównania oraz piętrzące się, gramatyczne mutacje mogą prowokować do zbyt dosłownego przekładu. Ofiarą takiej strategii adaptacyjnej padł niegdyś kiedyś reżyser "Wojny polsko-ruskiej" Xawery Żuławski, jego film rozpadł się na serię efekciarskich anegdot (od wymiotowania kamieniami, po pojedynki karate a'la Franek Kimono). Tymczasem w "Innych ludziach" literacka matryca wykorzystana jest znacznie ciekawiej. Momentami jest w całości zepchnięta do offu, ilustruje bohaterów pochłoniętych psychomachią, stanowi klucz do ich podświadomości. Kiedy indziej, na mocy musicalowej kliszy fabularnej, staje się językiem całego świata – kiedy potrzebny jest akompaniament, miasto otula bohaterów, podrzuca im rytm i słowa, cierpi i kocha razem z nimi. To elegancki narracyjny koncept, dzięki któremu "Inni ludzie" okazują się zaskakująco wierni nastrojowi prozy Masłowskiej. I który zamienia całość w permanentny reżysersko-operatorsko-montażowy popis. Wszelkie metafory "kina transu" są dziś jedynie poręcznym, krytyczno-filmowym wytrychem, zbyt często marnujemy je na niewłaściwe filmy. Jednak teledyskowa umowność, która wbija się klinem w ekranowy hiperrealizm, to rzecz właśnie z tego porządku. Przywodzi na myśl mikrodrzemki, stan permanetntego zawieszenia pomiędzy dwoma światami. 

Kiedy gdyńska fala straci impet, pewnie się zacznie: że to wszystko martwe znaki, publicystyczne figury, że w katedrze tylko echo. Wydaje mi się jednak, że debiutująca w pełnym metrażu Terpińska zwraca polskiemu kinu coś szlachetnego – sarkastyczne refleksje są u niej punktem wyjścia, a nie dojścia, zaś ironiczny język staje się katalizatorem żywych i bolesnych emocji. W swoim poprzednim filmie, kapitalnej krótkometrażówce "Najpiękniejsze fajerwerki ever", pokazała społeczeństwo doprowadzone do stanu implozji – na ulice wyjechały czołgi, padły strzały, strach uniemożliwiał ucieczkę i nie pozwalał zostać. "Innych ludzi" ogląda się trochę jak prequel, a trochę jak sequel tamtego filmu. Z jednej strony – to przestroga, że społeczna frustracja ma swoją wyporność. Z drugiej – tren na ofiary konfliktu, który rozgrywa się na naszych oczach. W obydwu przypadkach – nic przyjemnego, nawet, jeśli czasem tupiemy nóżką i rymujemy w myślach. Trudne sprawy, sprawy niełatwe, sprawy ciężkie – rzekłby każdy. Zawsze.  
1 10
Moja ocena:
9
Michał Walkiewicz
Dziennikarz filmowy, redaktor naczelny portalu Filmweb.pl. Absolwent filmoznawstwa UAM, zwycięzca Konkursu im. Krzysztofa Mętraka (2008), laureat dwóch nagród Polskiego Instytutu Sztuki Filmowej... przejdź do profilu
Czy uznajesz tę recenzję za pomocną?
80% użytkowników uznało tę recenzję za pomocną (10 głosów).