Recenzja filmu

Krwawy ring (2008)
Bradford May

Film (s)kopany

"Krwawy ring" pozostaje niezawodnym komponentem telewizyjnych ramówek. Nie oznacza to jednak, że jest udanym filmem.
Mieszane sztuki walki zawsze uznawano za sport mocno nastawiony na komercję, nic więc dziwnego, że dyscyplina ta na stałe związała się z filmem. Motorem napędzającym popularność kina wszechstylowych walk były uznane wśród fanów dzieł kopanych tytuły: "Warrior", "Po prostu walcz!", "Champion 2" i jego sequel. W ciągu minionego dziesięciolecia powstało ponad pięćdziesiąt (!) obrazów o omawianej tematyce.

Wyprodukowany dla telewizji kablowej "Krwawy ring", podobnie jak filmy ze Scottem Adkinsem jako Urim Boyką, skapitalizował rozgłos MMA jako sportu – od siedmiu lat pozostaje niezawodnym komponentem małoekranowych ramówek, także w Polsce. Nie oznacza to jednak, że jest udanym obrazem.

Niedoszły policjant Burke Wyatt (Johnny Messner) otrzymuje zadanie specjalne. Na polecenie byłego kolegi po fachu – obecnie funkcjonariusza FBI – ma zinfiltrować zakład karny o podwyższonym rygorze, w którym doszło do brutalnych mordów na skazańcach. Na miejscu Wyatt przekonuje się, że naczelnik więzienia, sadystyczny Golan (Stacy Keach), relacjonuje krwawe walki osadzonych przez internet, zarabiając na śmierci pokonanych zawodników. Wiedza ta może kosztować życie nie tylko Burke'a, ale i jego najbliższych.

Spike TV, producent obrazu, jest siostrzanym kanałem amerykańskiego MTV. O tym, że "Krwawy ring" to film produkcji Viacomu zdajemy sobie sprawę bardzo szybko: ekstremalne close-upy, nagłe przybliżenia i oddalenia, jeszcze głębsze zbliżenia i jeszcze szybsze ucieczki kamery w głąb planu zdjęciowego mogą przyprawić o zespół niespokojnej... głowy.

Choć amatorsko wykonany, "Ring of Death" jest filmem nieźle zagranym. Pierwsze skrzypce gra tu Johnny Messner, odtwórca roli przodującej. Messner, który po stworzeniu życiowej kreacji w "Anakondach: Polowaniu na Krwawą Orchideę" grywał w coraz to gorszych produkcjach, i który dziś jest aktorem trzecioligowym, odnalazł w postaci twardego eksgliny siebie, dowiódł, że jako ekranowy bad ass sprawowałby się równie dobrze co, chociażby, Jason Statham – gdyby tylko jego kariera powędrowała w odpowiednim kierunku. Messner wypada autentycznie w roli umęczonego wyrzutka, a w jego kreacji można by odnaleźć drugie dno. Aktor, a zarazem były sportowiec, imponuje zwłaszcza tężyzną oraz dynamiką. Stacy Keach, w odróżnieniu od filmowego Burke'a Wyatta, nie tworzy właściwie żadnej roli – bardziej czeka na wypłatę, z nudów cytując fragmenty scenariusza.

Ratunkiem dla tonącego okrętu mogłyby okazać się sceny walk. Twórcy wolą jednak kurczowo trzymać się brzytwy. Mordobić i bijatyk nie brakuje w "Krwawym ringu" wcale, podobnie zresztą jak sztucznych cycków i suchych dialogów – wszelkie jatki oparto jednak na niedopracowanej choreografii oraz przelewającej się zewsząd czerwonej farbie plakatowej. Film Bradforda Maya poleciłbym chyba tylko niezbyt rozgarniętym kinematograficznie fanom Mariusza Pudzianowskiego. Najlepiej takim uczącym się w pierwszej klasie gimnazjum.
1 10
Moja ocena:
4
Czy uznajesz tę recenzję za pomocną?
0% użytkowników uznało tę recenzję za pomocną (4 głosy).
Udostępnij: