Recenzja filmu Mandy (2018)
Panos Cosmatos

Death Metal

Trudno fantastycznego występu Cage'a nie traktować ironicznie – niczym spełnienia marzeń internautów, kompilacji "The Best of…", potwierdzenia naszych wyobrażeń o aktorze jednocześnie najlepszym ...
Filmweb sp. z o.o.
  • recenzja kinowa Mandy (2018)
Podobno zemsta najlepiej smakuje na zimno. Panos Cosmatos, reżyser o włosko-greckich korzeniach i amerykańskiej wrażliwości, wie o tym aż za dobrze. Chociaż w "Mandy" trup ściele się gęsto, a bohater potrafi zamienić każdego zbira w obraz Jacksona Pollocka, mówimy o filmie, którego poetyka okazuje się kuloodporną szybą. W tym slasherze skrzyżowanym z galeryjną instalacją sporo jest intrygujących konceptów i obrazów o sile małej atomówki, lecz niewiele rzeczy chwytających za serce i skręcających wnętrzności. 

photo.title

Facet o wymownym imieniu Red (Nicolas Cage) ma oczywiście niezły powód do krwawego odwetu. Do tej pory bujał się po swoim domku w głębi lasu we flanelowej koszuli, a jego wsłuchana w zew natury żona, Mandy (Andrea Riseborough), spacerowała po okolicznych kniejach i zaliczała kolejne, przyrodnicze epifanie. Niestety, z chwilą, gdy dziewczyna wpadła w oko liderowi iście mansonowskiej sekty (Linus Roache), a pod ich strzechę trafili faceci w wysokich obcasach i nabijanych ćwiekami maskach, sielanka dobiegła końca. Teraz Red musi zakasać rękawy i oddać się starej, dobrej zemście. A że z powołania i zawodu jest drwalem, możecie być pewni, że bandę szalonych kultystów potraktuje jak niewykarczowany las. 

Świętej pamięci ojciec reżysera, George Pan Cosmatos, stał za kamerą takich hitów lat 90., jak "Rambo II", "Cobra" i "Tombstone", a junior też nie sprawia wrażenia, jakby karmiono go w dzieciństwie Bergmanem. Ekranowy świat, przykryty nieprzyzwoitą ilością neonowych filtrów, to górzysta prowincja wschodniej Kalifornii zamieniona w rogatki piekła. Złowróżbna, oniryczna aura, otulająca szczelnie najbanalniejsze scenki z życia zakochanej pary, to nie tylko efekt przesaturyzowanych zdjęć Benjamina Loeba, ale i niepokojącej muzyki zmarłego Johana Johanssona – pełnej przesterów, dziwacznych sampli i poetyckich pasaży. Są tu kolce, skóry i pazury. Są spiłowane strzelby, noże wielkości sztachety i warczące piły łańcuchowe w paru odmianach. Nie brakuje ani wizyjnych momentów przywodzących na myśl kolejne stopnie dantejskiej podróży, ani panteistycznej filozofii, na mocy której unurzany we flakach bohater mści się nie tylko za swoją kobietę, ale też za desakrację kościoła natury. Najważniejszym estetycznym kluczem pozostaje twórczość samej Mandy – rozbuchany fantasy art, coś pomiędzy Hieronimem Boschem a chłopakami z DeviantArt. 

photo.title   photo.title   photo.title

Wreszcie, jest Nicolas Cage – z imponującą brodą, zaciśniętymi zębami i wściekłością w oczach. W "Mandy" daje z siebie wszystko, co niestety bywa obosiecznym mieczem, gdyż nie oglądamy jego popisów w próżni; jesteśmy mądrzejsi (czytaj: głupsi) o wszystkie memy, żarty, kompilacje momentów, w których tracił kontrolę nad swoją mimiką i ciałem. U Cosmatosa dla przykładu ma do odegrania scenę godną Oscara; scenę jednoczesnego rozpadu ciała i psychiki, staczania się w otchłań żalu i wydostawania na powierzchnię o własnych siłach. Lecz właśnie wtedy – mimo szczerych chęci i doskonałego warsztatu aktora – rozpada się cały film. Trudno fantastycznego występu Cage'a nie traktować ironicznie – niczym spełnienia marzeń internautów, kompilacji "The Best of…", potwierdzenia naszych wyobrażeń o aktorze jednocześnie najlepszym i najgorszym w swoim fachu. 

photo.title

Dla wielu będzie to oczywiście świetna reklama, w końcu mówimy o filmie, który, jak słusznie zauważył krytyk z "New York Timesa", pozostaje "pulpowym Tarkowskim" – ci mogą doliczyć do oceny nawet dwa oczka. Ja jednak będę się upierał, że granica pomiędzy bezwstydną zabawą a bezbrzeżną rozpaczą jest tutaj zbyt cienka, a Cosmatos nie potrafił znaleźć odpowiedniego tonu dla swojej opowieści – "niezła beka" neutralizuje u niego inne ambicje, z kolei poważne wątki odbierają frajdę z bezkompromisowej rzeźni. Ekspozycja, choć absurdalnie rozwleczona, przygotowuje nas na kino, w który rozłupane czaszki i odcięte kończyny usypią się w końcu w jakiś interesujący wzór, choćby na katharsis. W "Mandy" tymczasem – choć po ekranie paradują alkoholik na odwyku, straumatyzowana w dzieciństwie dziewczyna i opętany żądzą władzy impotent – sednem wydaje się sama estetyka: surrealistyczny klimat, stale podkręcane wrażenie obcości świata oraz przerażające maski. W wywiadach reżyser podkreślał, że chciał stworzyć coś na wzór ruchomej okładki death metalowego albumu. No i cóż, wygląda na to, że mu się udało. 
Czy uznajesz tę recenzję za pomocną? 68% uznało tę recenzję za pomocną (68 głosów).
Michał Walkiewicz
ocenia ten film na:
1 10 6/10 niezły

przeczytaj również recenzje użytkowników (1)

Ostatnio odwiedzone
wyczyść historię