Satyryk i intelektualista Isaak Davis (Woody Allen) postanawia zmienić swoje życie - ze względu na postępującą komercjalizację rzuca pracę w telewizji. W zamian planuje napisać ambitną książkę o
użytkownik Filmwebu
Filmweb A. Gortych Spółka komandytowa
Facebook
X
Udostępnij
Skopiuj link
Bądź na bieżąco
Dodaj jako źródło
Satyryk i intelektualista Isaak Davis (Woody Allen) postanawia zmienić swoje życie - ze względu na postępującą komercjalizację rzuca pracę w telewizji. W zamian planuje napisać ambitną książkę o Nowym Jorku. W życiu osobistym też ma problemy. Jest po dwóch rozwodach, a niedawno nawiązał romans z siedemnastoletnią studentką Tracy (Mariel Hemingway). W jego życie wkradła się też drapieżna i błyskotliwa Mary (Diane Keaton). Jakby tego było mało, eksmałżonka Jill (Meryl Streep), pozostająca w związku z kobietą, pisze książkę, w której planuje zawrzeć wszystkie szczegóły burzliwego związku z Isaakiem. "Czuję prawdziwą namiętność i oddanie dla Nowego Jorku i myślę, że film pokazuje to miasto w najpiękniejszy sposób, w jaki kiedykolwiek uczyniono to w kinie", wyznał po premierze Allen. Nie ma w tym zdaniu ani trochę przesady. Już od pierwszych ujęć, w których oglądamy panoramy miasta i charakterystyczne miejsca, daje się odczuć, że reżyser jest autentycznie zakochany w swoim małym zakątku świata. Urzekają czarno-białe zdjęcia Gordona Willisa ("Ojciec chrzestny", "Annie Hall", "Wszyscy ludzie prezydenta") oraz przywodząca magię i aurę starego kina muzyka George'a Gershwina. Momentami "Manhattan" przypomina slapstickowe produkcje Chaplina - gdy ojciec z synkiem oglądają wystawę sklepową, na której wystawione są statki. Reżyser rezygnuje wtedy z dialogów i zastępuje je zabawną muzyką oraz wyrazistymi gestami. Istotna jest również wszechobecna nostalgia za dawnymi czasami. Sztuka była mniej subiektywna, telewizja mniej komercyjna, a miłość mniej skomplikowana. Symboliczna jest więc przejażdżka bohaterów dorożką po Manhattanie. Woody Allen tworzy kolejną, naznaczoną własną osobowością, ironiczną i błyskotliwą kreację nowojorskiego intelektualisty. Jego autoportret będzie również powracał w kolejnych produkcjach, ale najdoskonalsze odbicie znalazł już chyba dwa lata wcześniej w "Annie Hall". "Manhattan" jest jednak niewątpliwie dziełem najpełniejszym - obok Allena istotna jest również społeczność Nowego Jorku, którą Issak obserwuje. Wdaje się ona w najdziwniejsze romanse, związki i relacje, nie jest natomiast zdolna do podjęcia ostatecznej decyzji, za którą weźmie pełną odpowiedzialność. Nieobliczalność tę najlepiej chyba widać w brawurowym finale filmu, gdzie dochodzi do całkowitej zamiany ról. Jak zwykle u Allena nie do przecenienia są dialogi. Oto mała próbka, mówi jedna z osób na przyjęciu: "- Jak w końcu miałam orgazm, to mój lekarz powiedział, że to był zły rodzaj". Na to Allen: "- Miałaś zły rodzaj? Ja nigdy nie miałem złego rodzaju. Nigdy. Nawet mój najgorszy był nie do pogardzenia". W niezwykle osobistym dziele, jakim bez wątpienia jest "Manhattan", twórca pozwala dojść do głosu własnym inspiracjom oraz gnębiącym go problemom - Issak często wspomina o Bergmanie czy nazistach. Łatwo można się też dopatrzyć autobiograficznych elementów w kreowanej przez Allena postaci. Pracuje on w telewizji (od tego twórca "Wnętrz" zaczynał), nie potrafi rozstać się z ukochanym miastem, a była żona pracuje nad książką, w której opisze intymne i wstydliwe szczegóły ich małżeństwa. Warto zobaczyć "Manhattan", aby lepiej poznać nietuzinkową osobowość Allena, ale też aby cieszyć się kawałkiem naprawdę świetnego kina.
1106
Czy uznajesz tę recenzję za pomocną?
Udostępnij
Facebook
X
Udostępnij
Skopiuj link
Obserwuj nas na Google News
Obserwuj nas na Google News
Dodaj Filmweb jako preferowane źródło w Google
Częściej zobaczysz nasze artykuły w wynikach wyszukiwania.