Jest rok 1958, na świat w miejscowości Gary w Stanach Zjednoczonych przychodzi Michael - siódme dziecko Katherine i Josepha. W wieku sześciu lat zaczyna swoją muzyczną karierę po to, by za
Jest rok 1958, na świat w miejscowości Gary w Stanach Zjednoczonych przychodzi Michael - siódme dziecko Katherine i Josepha. W wieku sześciu lat zaczyna swoją muzyczną karierę po to, by za kilkadziesiąt lat okrzyknięto go "Królem Popu". Właśnie o tej drodze na szczyt opowiedzieć się stara najnowsza produkcja w reżyserii Antoine'a Fuquy. Jak wypada filmowa biografia jednego z najpopularniejszych i największych artystów w historii? O tym postaram się napisać w tej, mam nadzieję, że bezspoilerowej, opinio-recenzji.
Czy jest to laurka dla Michaela? Tak. Czy twórcy idealizują tytułowego bohatera? Owszem. Czy jest to obiektywna biografia? Raczej nie. Czy jest to świetna rozrywka? Zdecydowanie tak. Czy jest to dobrze wykonany film? Wydaje mi się, że tak. Czy produkcja wykorzystuje cały potencjał, którym dysponuje? Absolutnie nie. Właśnie ten ostatni punkt służy zazwyczaj jako główny argument by stwierdzić, że "Michael" to zły film. I ja całkowicie zgadzam się z większością zarzutów. Wszystkie najważniejsze punkty z Wikipedii z tego okresu życia Jacksona zostały odhaczone. No właśnie - "odhaczone". Po przemyśleniu nieco bardziej co właściwie zostało pokazane na ekranie, dochodzę do wniosku, że brakuje tutaj rozwinięcia tych "odhaczonych" rzeczy - szczególnie stosunków z ojcem czy ogólnie z całą rodziną oraz procesu twórczego Michaela. Imiona pozostałych Jacksonów w większości nie padają w filmie a oni sami tworzą tło dla swojego brata, co mi akurat nie przeszkadza, bo jest to produkcja właśnie o nim, ale pokazanie widzom relacji rodzinnych bardziej czy chociażby sytuacji młodego Michaela w szkole mogłoby być ciekawym urozmaiceniem tej biografii. Tego wszystkiego nie dostajemy podczas seansu, tylko co z tego? Możemy sobie "gdybać", że film byłby lepszy, gdyby twórcy uwzględnili te czy tamte elementy, ale ja staram się ocenić to, co obejrzałem, a nie to, co chciałbym lub mogłem dostać.
Jeśli chodzi o obsadę i postacie pojawiające się w "Michaelu" - Colman Domingo (wyglądający w tej charakteryzacji zupełnie jak Lionel Richie) wypada bardzo dobrze i to właśnie wątek Josepha był jednym z ciekawszych punktów tej produkcji. Postać w którą wciela się Miles Teller ma znikome znaczenie w tym filmie. W sumie dostaje tylko jedno ważne zadanie. Ale co najważniejsze - Jaafar Jackson robi znakomitą robotę. Głos, ruchy, wygląd - wykapany "Król Popu", świetny casting. Juliano Valdi jako jego młodsza wersja także gra przyzwoicie (emocjonalne sceny wychodziły mu najlepiej). Zatrzymajmy się na chwilę przy samej postaci Michaela, która już pod koniec filmu trochę męczy, ponieważ została przez twórców wyidealizowana, nie podejmuje żadnej złej decyzji, kocha zwierzęta, pomaga chorym dzieciom, a wszyscy ludzie na świecie go uwielbiają. To nie jest obiektywny obraz artysty, ale większość kontrowersyjnych faktów z jego życia przypada na lata późniejsze niż te, w których rozgrywa się akcja (podobno były one uwzględnione, dopóki nie stwierdzono, że kręcony będzie także sequel). O reszcie bohaterów nie wiemy prawie nic, ale za to dostajemy cały ogród zoologiczny Michaela - od małpy imieniem Bubbles (której nie jest wcale aż tak dużo), po węże, myszy, lamy czy żyrafy.
A jak to dzieło wypada od strony technicznej? Wydaje mi się, że naprawdę dobrze. Scenografia, kostiumy i charakteryzacje są doskonałe (oprócz strojów publiczności podczas koncertów, które niekiedy wyglądają jakby zostały wyjęte z obecnych czasów). Do zdjęć oraz montażu także nie mogę się przyczepić, ale najważniejszą rolę odgrywa w tym filmie muzyka Jacksona - i dobrze. Jednak utwory czasami trwają bardzo długo, co potrafi stać się wadą - szczególnie w końcówce, która jest dla mnie najgorszym momentem całej produkcji (właśnie tutaj było już dla mnie "enough"). Są to po prostu dwa niepotrzebnie przedłużone fragmenty z występów Michaela, które dostajemy w zamian za... cały trzeci akt, co pozostawia lekki niedosyt. Lubię przyczepić się zazwyczaj do słabo wykonanego trzeciego aktu, ale tutaj nie mogę tego zrobić, ponieważ go po prostu nie ma. Przy okazji bardzo mnie cieszy, że zagraniczni twórcy wzorują się na dziełach polskiej kinematografii - scena końcowa łączy się z początkową, co jest motywem żywcem zaczerpniętym z filmu "Zenek". Oczywiście żartuję z tym wzorowaniem się - produkcja o Martyniuku nawet pewnie do nich nie dotarła.
"Michael" to unikająca kontrowersji laurka dla tytułowego bohatera z jeszcze większym potencjałem stworzona w formie jednego wielkiego koncertu i wysypu znanych wszystkim utworów przerywanych innymi scenkami, którą jednocześnie ogląda się wyśmienicie (i mówię to jako osoba nie będąca jakimś największym fanem Jacksona). Ci, którzy uwielbiają muzykę (nie tylko tego artysty) powinni podczas seansu bawić się świetnie, bo te dwie godzinki mijają dość szybko. Natomiast ludzie, którzy chcieliby dowiedzieć się czegoś o głównej postaci raczej nie będą w pełni usatysfakcjonowani - ja wzbogaciłem się o kilka informacji, ale na pewno nie o takie, których nie da się znaleźć na wspomnianej już wcześniej stronie internetowej.
Dziękuję wszystkim, którzy dotarli do końca mojej opinio-recenzji i zachęcam do podzielenia się własnymi wrażeniami po seansie.