Recenzja filmu

Shang-Chi i legenda dziesięciu pierścieni (2021)
Destin Daniel Cretton
Waldemar Modestowicz
Simu Liu
Tony Chiu-Wai Leung

Wejście smoka

25. film MCU bardziej niż superbohaterszczyznę znaną z dotychczasowych odsłon serii przypomina epicką sagę rodem z dawnych mitologii. Origin story Nikomu Nieznanego Bohatera to pierwsza opowieść ...
Recenzujemy "Shang-Chi i legenda dziesięciu pierścieni" Marvela
Z trudną rodziną wiąże się wielka odpowiedzialność. Gdy za ojca ma się superzłoczyńcę z niezaspokojonym od tysiąca lat apetytem na władzę, potężną magiczną bronią i ciągotami pedagoga-mordercy, a za matkę strażniczkę legendarnej krainy, która jako jedyna stawiła tamtemu opór i poskromiła miłością, domowe ognisko musi przypominać bombę z opóźnionym zapłonem. Sielankowe dzieciństwo małego Shang-Chi (Simu Liu) i Xialing, jego młodszej siostry (Meng'er Zhang), w końcu niszczą dawne grzechy tatka i tragiczna śmierć matuli. Chłopak odcina się więc od ojca-tyrana, ukrywa w San Francisco, by wieść żywot – ni mniej, ni więcej – parkingowego, chadzać z kumpelą na piwo i spędzać noce w klubach karaoke. Zanim powiecie "akurat!", niechciane dziedzictwo widowiskowo przywali mu w twarz. Szekspir to czy Marvel? Oto jest pytanie!

25. film MCU bardziej niż superbohaterszczyznę znaną z dotychczasowych odsłon serii przypomina epicką sagę rodem z dawnych mitologii. Origin story Nikomu Nieznanego Bohatera to pierwsza opowieść franczyzy tak obficie sięgająca do skarbnicy chińskiego folkloru. Dzięki temu nawet wielokrotnie wykorzystywany motyw samopoznania jako kutej na naszych oczach zbroi herosa mieni się różnymi kulturowymi i gatunkowymi barwami. W "Shang-Chi i legendzie dziesięciu pierścieni" oglądamy pojedynki w leśnej scenerii rodem z "Dotyku zen", w których różne style walk prowadzą ze sobą romantyczny dialog (miłośnicy wuxia, łączcie się!). Są wygibasy na wieżowcowych rusztowaniach, które zawstydziłyby parkourowców z "Yamakasi". Dostajemy też bawiące się światłem, odbiciami i wysokością precyzyjne starcia w neonowej estetyce rodem ze "Skyfall" oraz balet ciał, ostrzy i kamery ograniczony do wnętrza pędzącego autobusu, który mógłby wydarzyć się w bezkrwawej wersji "The Raid 2". Do tego pojedynki w klatce, katalog egzotycznych broni, oszałamiające krajobrazy, wcale nie najprostsza mitologia pradawnego świata i zamieszkująca go fantastyczna fauna. Mówiąc mniej zawile: spektakl jest przedni.


Destin Daniel Cretton ("Przechowalnia numer 12", "Tylko sprawiedliwość") wie, że magicznych artefaktów w świecie Marvela można znaleźć mnóstwo, ale rodzinę ma się tylko jedną. Choć w finałowej walce, jak to często u Marvela bywa, CGI-owe fajerwerki idą w pozbawioną emocji przesadę, przez większość filmu wydają się bonusem do dramatu o rozbitej rodzinie trawionej przez ten sam ból, o dystansie szacownej tradycji z kulturą pokolenia emigrantów, o walce genów i próbie ucieczki spod cienia przodków. Motyw żałoby nie tylko wpisuje się w realia, w których połowa ludzkości zniknęła za pstryknięciem wiadomych palców (rzecz dzieje się po "Wojnie bez granic"), ale i niestereotypowo motywuje postępowanie czarnego charakteru. Tony Leung jako Wenwu, ponadepokowy zbrodniarz i zdobywca, wyróżnia się charyzmą, pewnością siebie i inteligentną drwiną. Gwiazda kina Wong Kar-waia okazuje się równocześnie postacią samotną i tragiczną, zjadaną przez smutek i pełną gniewnej pasji, przez co pierwszoplanowemu konfliktowi ojca i syna daleko do rutyny. Podobnie platoniczna relacja i zgryźliwy humor w wydaniu Awkwafiny, grającej nierozłączną przyjaciółkę Shang-Chi. Spodziewana jako pierwszorzędny comic relief dama w opałach i "nasz człowiek po drugiej stronie lustra" samodzielnie wypracowuje sobie sprawczość i na równi walczy z głównym bohaterem o miejsce na pierwszym planie.



Nawet jeśli przy tak mocnych charakterach i, przyznaję z bólem, nieraz zaburzających dramaturgię nadliczbowych, choć koniecznych, retrospekcjach sama tytułowa kreacja blaknie, podróż odkrywającego siebie bohatera uzasadnia taki stan rzeczy i budzi apetyt na więcej w sequelu. Bogiem a prawdą, gotów byłbym zaryzykować tezę, że Shang-Chi dostaje od Marvela najlepsze wejście do uniwersum: nie wyważa drzwi, lecz z gracją przez nie przeskakuje. Witamy i już prosimy o więcej!
1 10
Moja ocena:
7
Czy uznajesz tę recenzję za pomocną?
60% użytkowników uznało tę recenzję za pomocną (96 głosów).