Recenzja filmu

Tin Soldier (2025)
Brad Furman

Ołowiany scenariusz

Dynamika tego filmu nie istnieje, co minutę wpadamy w wizje Nash’a, który albo używa za dużo snusów albo ma jakiś problem (może PTSD, domyślcie się).
Gdy chcemy stworzyć film należy posiadać pomysł, zebrać pieniądze, napisać scenariusz, zatrudnić dobrych aktorów, wyreżyserować, zrobić zdjęcia, zmontować, wysłać w świat i dobrze rozpromować. Proces wydaje się całkiem prosty, lecz Tin Soldier już na etapie pisania scenariusza nie podołał zadaniu, a efekt domino spowodował, że i reszta nie powala.

Ołowiany żołnierzyk, bo tak należałoby przetłumaczyć ten tytuł, gdyby dystrybucja nie pozostała przy oryginalnej wersji, jest dziwną opowieścią o organizacji “wspierającej” żołnierzy z PTSD, bo państwo się od nich odwraca. W roli przywódcy tej organizacji zobaczymy Jamiego Foxxa, który swoją brodą próbuję dorównać Bin Ladenowi. PROGRAM to organizacja, która już od najmłodszych lat zajmuję się indoktrynacją i wpajaniem wrogości do amerykańskiego systemu pod przykryciem wsparcia weteranów. Pacjentem, który opowiada nam o szczegółach tego przedsięwzięcia jest Nash (Clint Eastwood), którego FBI prosi o wsparcia w rozpoznaniu i eliminacji programu. Jego pseudointelektualne uwagi rzucane z off’u, wspomnienia z udziału w programie oraz fantazje o życiu z żoną (Nora Arnezeder), tylko utwierdzają nas w tezie, że nawet reżyser nie wie co się dzieje. Dalej nie wiecie o co chodzi? Obejrzyjcie film to nic się nie zmieni. Ale spróbujmy to uprościć - weteran, który brał udział w nielegalnym i ekstremistycznym programie zostaje poproszony o udział w ataku na tą organizację i zabicie swojego byłego mentora oraz kolegów, a zgadza się tylko dlatego, że dostrzega cień wątpliwości co do śmierci swojej żony, która może znajdować się w ośrodku, a to PROGRAM sfingował jej wypadek. W późniejszy etapie fabuła robi kolejne salto (tak jakby cały scenariusz nie opierał się na fikołkach logicznych) i okazuję się, że człowiek (Robert de Niro) zlecający zlikwidowanie organizacji Nash’owi to były mentor i fundator szefa PROGRAM’u. To nie jest źle napisane, to po prostu nie ma sensu.

Co autor miał na myśli? Trudno powiedzieć, można by przyjąć perspektywę szerzącego się ekstremizmu jako próbę prezentacji funkcjonowania organizacji terrorystycznych takich jak Al-kaida. Jednak przyjmując tą wersję, zbyt pusta treść scenariusza nie jest w stanie zaprezentować nam zjawiska jakie piętnuje, czyli bezkrytycznego i absolutnego wpatrzenia w swojego przywódcę. Z drugiej strony może to analogia to rozszerzającej się fali skrajnie prawicowych organizacji, których wizje świata i skłócenie z rządami mogłoby doprowadzić do tego typu działań zbrojnych. Albo to tak naprawdę opowieść o miłości, która w tak trudnych czasach jak te zaprezentowane na ekranie i tak stanowi sedno życia i nie ważne jest kto na kogo organizuje zamach - liczy się tylko miłość. Możliwości interpretacji więcej niż u Mickiewicza. A może po prostu reżyser Brad Furman wymyślił kilka scen walki, jakie spodobały mu się w innych filmach i stwierdził, że jakoś to ogarnie. No i nie ogarnął.

Gdy przenosimy się do jednego ze wspomnień Nash’a, Bokushi (lider organizacji) prezentuje 50 dolarów, następnie pyta - kto chce je otrzymać? -  wszyscy są chętni. Bierze banknot i rzuca na ziemię deptając i niszcząc go, pyta - a kto teraz go chce? Nadal niezmiennie wszyscy są chętni aby otrzymać banknot, prowadzi on więc monolog, że wartość pieniędzy nie spada i nadal każdy ich pragnie. Cała ta sytuacja to idealna analogia pomysłu na film, który został zdeptany i zniszczony, ale dla odmiany nikt nie chce tego oglądać.

Dynamika tego filmu nie istnieje, co minutę wpadamy w wizje Nash’a, który albo używa za dużo snusów albo ma jakiś problem (może PTSD, domyślcie się). To trochę jakby ktoś miał dwa filmy o przeszłości bohatera i o teraźniejszości i losowo nałożył je na siebie - to się nie może udać. Niespójna historia, chaotyczna praca kamerą, losowo zmontowane fragmenty, historia opowiadana z off’u to wszystko zawodzi ten film całkowicie. Były pieniądze, byli aktorzy i na tym się skończyło. Ta produkcja tylko umacnia teza, że obecnie produkcje proponowane przez wielkie platformy prezentują nam upadek kina. A wielkie nazwiska zgadzające się na wystąpienie w takim filmie tylko podpisują się pod tym upadkiem. Na szczęście najwidoczniej zawiódł też marketing, bo sądząc po ilości ocen, zbyt wiele osób tego filmu nie widziało i niech tak pozostanie, bo i tak by go nie zrozumieli. Ja nadal się zastanawiam o co tutaj chodzi?
1 10
Moja ocena:
3
Czy uznajesz tę recenzję za pomocną?