Recenzja filmu

Wielka Szóstka (2014)
Don Hall
Chris Williams
Scott Adsit
Ryan Potter

Ulice San Fransokyo

"Wielka Szóstka" ma wszystko, żeby stać się nowym hitem Disneya: energię, humor, świeżość i bohaterów, za których trzyma się kciuki. To jeden z nielicznych filmów, który ze względu na ...
Jako pierwsi w Polsce recenzujemy "Wielką Szóstkę" Disneya
"Wielka Szóstka" to wyjątkowa hybryda: z jednej strony amerykańska animacja inspirowana komiksem Marvela i filmami o superbohaterach; z drugiej – głęboki ukłon dla mistrzów japońskiej anime, Hayao Miyazakiego i Anno Hideakiego. Nikt więc nie powinien się dziwić, dlaczego światowa premiera filmu odbyła się nie w Nowym Jorku czy Cannes, tylko na Festiwalu Filmowym w Tokio.



Akcja filmu rozgrywa się w San Fransokyo, fikcyjnym mieście będącym – zgodnie z nazwą – futurystycznym połączeniem San Francisco i Tokio: Golden Gate Bridge prowadzi tu do miasta pełnego stromych wzgórz, neonów i wieżowców otoczonych drzewami kwitnącej wiśni. Ta plątanina stylów architektonicznych, nowego i starego – wiktoriańskich domów i ultranowoczesnych drapaczy chmur – przynosi na ekranie świetny efekt, lecz jest dopiero wierzchołkiem góry lodowej. Twórcy filmu, Don Hall i Chris Williams, uczynili z eklektyzmu strategię twórczą, zaś łączenie elementów z różnych parafii sprawdza się w "Wielkiej Szóstce" nie tylko w scenografii, ale również w scenariuszu i konstrukcji postaci.

Gdyby główny bohater, czternastoletni geniusz komputerowy Hiro Hamada, miał jakiegoś idola, byłby nim zapewne Mark Zuckerberg. Na początku chłopak rozmienia talent na drobne, biorąc udział w nielegalnych walkach robotów, ale wkrótce okaże się, że aspołeczny nerd może wykorzystać swoje umiejętności dla dobra ogółu. Pomoże mu w tym robot Baymax: powiernik, przyjaciel zastępujący chłopakowi zmarłego brata, czuły opiekun wspierający Hiro na drodze ku dorosłości. Nie da się go nie lubić, bo jak tu nie lubić robota, który łączy w sobie cechy E.T., dmuchanej pandy z wielkim brzuchem i leśnego ducha z animacji Miyazakiego "Mój sąsiad Totoro"?



Kiedy Hiro przywdziewa adekwatny kostium i łączy siły z resztą nerdowskiego towarzystwa, by pokonać skryty pod maską przypominającą charakteryzację aktora teatru Kabuki czarny charakter, zabawa rozkręca się na dobre. Pieśń pochwalna na cześć kultury geeków (wzmocniona znamiennym faktem, że Hiro lepiej dogaduje się z maszynami niż ludźmi) to jednak tylko jedno oblicze "Wielkiej Szóstki". Animacja jest ponadto opowieścią o przyjaźni, historią inicjacyjną i last but not least filmem o traumie po stracie bliskiej osoby. Chwilami można odnieść wrażenie, że scenariusz to bombonierka, w której jest za dużo czekoladek o różnym smaku. Zastrzeżenie mogą budzić zwłaszcza sceny walk. W sekwencjach zbiorowych gubią się motywacje bohaterów, gubią się również emocje. Koniec końców ta różnorodność wydaje się atutem filmu.



"Wielka Szóstka"
ma wszystko, żeby stać się nowym hitem Disneya: energię, humor, świeżość i bohaterów, za których trzyma się kciuki. To jeden z nielicznych filmów, który ze względu na fantastyczne efekty wizualne chciałbym zobaczyć jeszcze raz – w trójwymiarze. Poza tym, co może być lepszym symbolem spotkania Hollywood z Dalekim Wschodem niż opowieść o małym nerdzie, który z pomocą przyjaciół i otyłego robota ratuje miasto przed zagładą?
1 10
Moja ocena:
7
Czy uznajesz tę recenzję za pomocną?
84% użytkowników uznało tę recenzję za pomocną (244 głosy).
Udostępnij:
Hiro, główny bohater "Wielkiej Szóstki", nie jest typową postacią w filmach Disneya. Można o nim powiedzieć, że ma większy mózg niż serce. Musi się jednak nauczyć, że ... więcej
zdaniem społeczności pomocna w: 88%