Recenzja filmu

Wojna z dziadkiem (2020)
Tim Hill
Robert De Niro
Oakes Fegley

Starcze dowcipasy

Czy Robert de Niro to wciąż człowiek kina, czy już tylko koń pociągowy, który znanym nazwiskiem podkręca hajp na kiepskie produkcje? Poza tym – o jakim "podkręcaniu hajpu" tu mówimy, skoro "Wojna ...
Starcze dowcipasy
Czy Robert de Niro to wciąż człowiek kina, czy już tylko koń pociągowy, który znanym nazwiskiem podkręca hajp na kiepskie produkcje? Dlaczego wielki aktor – jak głosi jeden z polskich nagłówków prasowych – tak straszliwie chałturzy i czy robi to wyłącznie dla kasy? Przecież ma na koncie dwa Oscary, inwestuje w nieruchomości, szanuje go i kocha nie tylko branża deweloperska, ale też publiczność filmowa na całym świecie! Poza tym – o jakim "podkręcaniu hajpu" tu mówimy, skoro "Wojna z dziadkiem" to familijna ramotka, o którą nikt się nie upominał i na którą nikt nie czekał? Warto inwestować własny seniorski bagaż w coś, co obróci się w pył po kilku dniach wyświetlania?



Są to oczywiście pytania, na które nigdy nie uzyskamy odpowiedzi, bo nasz nestor nie przepada za wywiadami i w ogóle mało gada. Moim zdaniem najbliższa prawdy jest taka oto hipoteza: de Niro najzwyczajniej w świecie lubi się wydurniać w miłym towarzystwie znajomych. A skoro jeszcze mu za to płacą, decyzja jest prosta – brać i grać. No i gra, gra ile wlezie, dając się prać po mordzie, skacząc na trampolinie, nosząc luźne gatki i szybkie czapki jak Steve Buscemi w słynnym memie How do you do, fellow kids? Jako dziadek Ed, emerytowany budowlaniec, de Niro najpierw nie potrafi sobie poradzić z kasą samoobsługową w markecie, a następnie – zamiast przyjąć pomocną dłoń – wdaje się w absurdalną bójkę z ochroniarzem. Z kontuzjowaną nogą, przegrany i upokorzony, idzie na bardzo "niemęski" układ z własną córką (Uma Thurman): zamieszka przy rodzinie, w dawnym pokoju nastoletniego wnuka Petera (Oakes Fegley). Na własnych zasadach, jasne, ale jednak – pod cudzym okiem.

Tym samym droga do kolejnego absurdu stoi otworem: w produkcji familijnej, na samym wstępie, kilkunastoletni chłopak zostaje potraktowany niczym dopust boży i, bez żadnej rodzinnej narady czy choćby kurtuazyjnego pytania o zdanie, wyeksmitowany prosto na strych. Starzy z dnia na dzień zgarniają wszystkie jego rzeczy i przenoszą je do siedliska nietoperzy, myszy i pająków. Za tę zniewagę dostaje się oczywiście dziadkowi – chłopak wypowiada mu wojnę. A wojna – zgodnie z odwieczną logiką farsy – polega na płataniu brutalnych figli z użyciem kleju, wkrętarki, pianki do uszczelniania, a nawet – żywego węża. Ed, początkowo stoicko opanowany, skupiony na melancholijnym wspominaniu zmarłej małżonki, w końcu daje się złapać na ten pranksterski haczyk. Dostajemy więc niekwestionowany kanon: drużyna "dziadków" – złożona z de Niro i jego ziomów: Christophera Walkena, Jane Seymour i Cheecha Marina – staje w szranki z bandą nieokrzesanych nerdów. Są tutaj także motywy tak "uniwersalnie śmieszne", jak: konflikt teścia z zięciem (o jego korporacyjną pracę), sojusz dziadka z najmłodszą wnusią, oddaną fanką Bożego Narodzenia, wszelkie odmiany emeryckiej jurności oraz szkolnych dowcipasów o kupach i rzygach. Miejsce dla nastolatki po kryjomu – o zgrozo! – obściskującej się z chłopakiem też się znajdzie. Wszystko jak trzeba.

Zaśmiejecie się pewnie kilka razy – bo tak wypada, bo konwencja, no i ci świetni aktorzy, muszą mieć do siebie dystans, skoro idą na taką poniewierkę. Morały także są bez zarzutu: pamiętaj, aby na stare lata pielęgnować ducha walki i w ogóle być trochę anarchistą; wojna, ta prawdziwa, ale domowa również, to zawsze zło, które sprowadza cierpienie na "cywilów"; rodzina to kompromisy, na które być może nie jesteśmy gotowi, ale które w dłuższej perspektywie zawsze przynoszą korzyści. "Amerykanizm" na najwyższym poziomie, nieświadomy własnej kuriozalności i oklepania. Marnej jakości żarty szybko przechodzą w sentymentalizm z piekła rodem – wszelkiej maści ckliwe przypowiastki o niegasnącej miłości, symbolizowanej przez fotografie Eda i żony poukrywane w kominkach budowanych przed laty domów. Jeśli teść z zięciem drą koty, to w istocie chodzi tutaj o długość penisa (sceny z opadającym ręcznikiem są tutaj dwie i o dwie za dużo). Jeśli matka spiera się z córką, to oczywiście o zachowanie dziewczęcej czystości. Tanie męskie dowcipy i „cnoty niewieście” – tak można po krótce skwitować ten film. Być może w innej rzeczywistości, 30 lat temu na VHS-ach, bylibyśmy taką amerykańską familiadą zachwyceni. Dzisiaj – i to nie przez wzgląd na temat i obsadę, lecz anachroniczny scenariusz – jest to po prostu zwykłe "dziaderstwo". Bo przecież de Niro może się bawić dronem i tabletem, ale w swojej prywatnej piaskownicy. A nasza strata czasu wcale nie musi być jego zyskiem. 
1 10
Moja ocena:
3
Marcin Stachowicz
Urodzony i wychowany w Radomiu. Skończył psychologię i kulturoznawstwo na Uniwersytecie Warszawskim. Dawniej fan black metalu, niedoszły psychoterapeuta, leczył się z depresji filmami Lyncha, von... przejdź do profilu
Czy uznajesz tę recenzję za pomocną?
17% użytkowników uznało tę recenzję za pomocną (23 głosy).