Recenzja filmu

Wyznania mordercy (2017)
Yû Irie
Tatsuya Fujiwara
Hideaki Itô

Fabularny shinkansen

Ostatecznie jest to przyjemny seans, aczkolwiek tylko i wyłącznie w kategorii guilty pleasure. Momentami to naprawdę dobra produkcja, wie kiedy zachować powagę, kiedy wdrożyć ciszę, kiedy ...
Japoński film w polskiej dystrybucji? Nie sposób nie zwrócić uwagi, stąd też sprawdziłem z ciekawości. W zasadzie to Wyznania mordercy mają dość dziwną dystrybucję, póki co leci w Japonii, Tajwanie, Belgii, Australii, Hong Kongu, USA i u nas. Te kraje najwidoczniej zostały wybrane jakąś dziwną metodą losowania, gdzie ośmiornica wyciąga piłeczki z numerkami. W każdym razie ta dystrybucja ma swój konkretny powód – logo Warner Bros na samym początku seansu. Ciężko w tym momencie nie wzdychnąć, ponieważ domyślam się, że jakieś cięcia być musiały. W efekcie dając nam to nieślubne, produkcyjne dziecko, wychowane dwoma różnymi metodami rodzicielskimi. Cóż więc z tego wyrosło?

Na pewno nie film, który zainteresował Was zwiastunem, czy też opisem. Zaczynamy sobie od tego całkiem intrygującego motywu w japońskim prawie dotyczącym przedawnienia za poważne przestępstwa jak np. zabójstwo. Nasz tytułowy morderca postanawia wykorzystać to prawo, publikując książkę, w której opisuje swoje czyny i zyskuje sławę. I w tym momencie ok, wiem, co chcieli zrobić, tą taką medialną gloryfikację mordu pokroju "Urodzonych morderców", która całkiem dobrze im wyszła. Na pewnym etapie zaczynają się jednak plot twisty i wtedy film zaczyna stąpać po cienkim lodzie.

O ile pierwsze dwa zwroty akcji jestem w stanie przełknąć, ponieważ tempo jest i tak dynamiczne, mało tu czasu na refleksje i drobnostki, uznałem je więc za ciekawe. Dwa kolejne jednak przechyliły konwencyjną szalę i zwyczajnie przestałem tę produkcję traktować poważnie. Rozwiązania fabularne, które tu zastosowano, to po prostu... anime. Te wszystkie mistrzowskie plany idealne, które były snute przez długi czas i później zostają wyjaśniane w pięciominutowym montażu, nie odbiegają od tych wszystkich absurdów, które uwielbialiśmy w "Death Note" czy "Naruto". I akurat do "Death Note" podobieństw można wymienić sporo.

Recenzowany tytuł w pewnym momencie obrał kierunek, który kompletnie zignorował swój poważny i sensacyjny ton i poleciał stuprocentowo po bandzie. W zasadzie można to nazwać takim japońskim mainstreamem, bo już nie wiem jak inaczej. I w sumie szkoda, zdecydowanie wolałbym, gdyby odrobinę stonowali poziom nonsensu, ponieważ to nie jest konwencja, do której przyzwyczaiła nas pierwsza połowa seansu.

Koniec końców trudno odmówić temu wszystkiemu uroku. To przejście pomiędzy "jestem poważnym thrillerem sensacyjnym", a "to jest kino azjatyckie, nie zapominajcie o tym" jest relatywnie bezbolesne. Później już zostaje tylko kwestia tego, jak bardzo nasze oczekiwania zderzyły się z tym, co dostaliśmy. Ostatecznie jest to przyjemny seans, aczkolwiek tylko i wyłącznie w kategorii guilty pleasure. Momentami to naprawdę dobra produkcja, wie kiedy zachować powagę, kiedy wdrożyć ciszę, kiedy zbudować suspens. Ostatecznie jednak nie można go traktować poważnie, ponieważ absurdy jak ten z operacją plastyczną twarzy powinny być zarezerwowane dla kina, które celuje w klasę B.
1 10
Moja ocena:
6
Czy uznajesz tę recenzję za pomocną?
13% użytkowników uznało tę recenzję za pomocną (8 głosów).
Udostępnij:
Jak każde dzieło tego gatunku, film ma na celu nas zaskakiwać. Gdy wydaje się, że mamy już poukładany świat przedstawiony, że wiemy, jakie są stawki, o które toczy się ... więcej
zdaniem społeczności pomocna w: 56%