Są na tym świecie filmy, o których się kinomanom nie śniło. Stanowią one nie lada wyzwanie dla widza, wystawiając na próbę jego cierpliwość, gust, inteligencję czy też po prostu poczucie smaku. Są to dzieła znane nie z tych powodów, co powinny. Obrazy będące owocem nieposkromionej, pozbawionej granic ludzkiej wyobraźni. Dzieła ambitne, które jednocześnie z uwagi na brak środków finansowych musiały zostać stworzone własnym sumptem, często przy pomocy znajomych albo sąsiadów. Co ciekawe często produkcje te obierały sobie za temat walkę człowieka z różnej maści stworami. Takim właśnie filmem jest niesławny "Zaat" z roku 1971. Wyreżyserowany przez niemniej niesławnego Dona Bartona obraz funkcjonuje w przestrzeni publicznej także pod tytułami takimi jak "Blood Waters of Dr. Z", "Hydra" oraz "Attack of the Swamp Creatures". Wymyślono je chyba żeby jakoś zachęcić potencjalnych odbiorców, ponieważ samo słowo "zaat" niewiele mówi i równie niewiele znaczy. Od razu trzeba jednak zaznaczyć, że żadna z alternatywnych nazw nie zawiera wiele z samej fabuły. Nie ma w filmie bowiem ani krwawych wód, ani hydry, ani też bagien.
O czym zatem opowiada "Zaat?". Cóż, fabuła nie jest specjalnie oryginalna i skupia się wokół pewnego szalonego naukowca oraz jego kontrowersyjnych badań. Owym naukowcem jest Dr Kurt Leopold (Marshall Grauer). Wiele lat temu pracował on w państwowej placówce, lecz został z niej z hukiem wyrzucony. Powodem były jego metody badawcze daleko odbiegające od przyjętych norm etyczno-moralnych. Chciał on bowiem eksperymentować na ludzkim organizmie celem stworzenia hybrydy człowieka i ryby. Po latach zakłada własne tajne laboratorium, gdzie może do woli oddawać się swoim szalonym pomysłom. Gdy udaje mu się uzyskać formułę zmieniającą ludzi w wodne stworzenia, testuje ją na samym sobie. W efekcie zmienia się w wątpliwej urody humanoidalną istotę, uzyskując przy okazji nadludzką siłę i zdolności. Jak można się domyślić, wykorzystuje nowo nabyte cechy, aby siać terror w okolicy. Mordy, moczenie stawów w stawie, łapanie za nogi pływaków czy niszczenie mienia – to tylko nieliczne z jego aktywności. Oczywistym staje się wkrótce także potrzeba posiadania samicy. Czemu każdy potwór musi szukać sobie kobiety? Może to kwestia samotności? W każdym razie zmutowany doktor również postanawia znaleźć sobie partnerkę, głównie w celu prokreacji. Tak z grubsza wygląda fabuła "Zaata". Myślę, że nikt nie obwini mnie za zdradzenie zbyt wielu jej szczegółów. Nie o fabułę bowiem w tego typu produkcjach chodzi. Poza tym jest ona i tak prosta i przewidywalna jak budowa cepa.
Pomimo że film wydany został w 1971 roku, mnie bardziej przypomina dzieła z lat 60. Decyduje o tym jego stylistyka, sposób kręcenia, nawet sam wygląd postaci. Kostium potwora również zdaje się jeszcze tkwić w poprzedniej dekadzie. Projekt ów na współczesne standardy wygląda oczywiście raczej komicznie niż strasznie, lecz trzeba też docenić pracę włożoną w jego wykonanie. W wielu pozycjach spod znaku creature feature można odnaleźć o wiele gorsze efekty praktyczne. Ciężko orzec z naszej perspektywy, w jakim stopniu Don Barton traktował swoje dzieło poważnie. Czy rzeczywiście chciał zrobić horror, który by autentycznie straszył widzów, czy miał na celu tylko lekką rozrywkę? A może była to próba sparodiowania monster movies lat 50. tylko na tyle zła, że ironia nie jest już dziś dostrzegalna. Jeśli ktoś chciałby na siłę doszukiwać się jakiegoś sensu czy przesłania w "Zaacie" to wtedy mógłby wskazać na element ingerencji człowieka w naturę oraz zwierzęcy świat. Idąc dalej, można film potraktować nawet jako manifest ekologiczny albo jakąś formę dyskursu na temat granic moralności oraz ludzkiego bawienia się w Boga. Są to jednak raczej zaledwie myślowe eksperymenty, ponieważ produkcja chociażby ze względu na pokraczne wykonanie, nie skłania do tego głebszych refleksji.
"Zaat" nosi dumne miano jednego z najgorszych filmów w historii. I słusznie. Posiada on jednak dwa mocne punkty. Na końcu i na początku. Pierwszy z nich to intro, w którym ukazane są pływające w akwarium stworzenia o dziwnych kształtach. Widokowi temu towarzyszy surowa, elektroniczna muzyka. Brzmi ona, jakby była dziełem przypadku, a nie przemyślanej kompozycji. Połączenie to sprawia, że pierwsze kadry dzieła nabierają specyficznego, niesamowitego klimatu. Są jakby nieludzkie, budząc jednocześnie zaintrygowanie. Drugi element wart uwagi to sam finał. W nim bowiem główna postać kobieca filmu zamieniona w rybę, ale jeszcze przed transformacją znika bez słowa w morskich odmętach. Robi to mimo prób powstrzymania jej przez ludzkich towarzyszy. Jest to dość oryginalne, pozbawione happy endu zakończenie. Pozostawia ona w widzu jakiś rodzaj zadumy oraz zdaje się niemą formą akceptacji własnego losu.
Podsumowując "Zaat" to na pewno nie film dla każdego. To obraz dla kinowych masochistów, którzy lubują się w produkcjach typu "tak zły, że aż dobry". Chociaż w tym przypadku jest to raczej "tak zły, że aż zęby bolą". Mimo to zachęcam do seansu każdego, kto chce poszerzyć swoje filmowe horyzonty albo szuka ciekawej pozycji na "zakrapiany" seans filmowy.