Recenzja gry Dragon Ball Z: Kakarot (2020)

Moc Smoczych Kul

Trudno rozpisywać się o fabule w sytuacji, gdy praktycznie każdy z minimalnie zainteresowanych tematem fanów marki wie, czego spodziewać się po "Dragon Ball Z: Kakarot". Na przestrzeni czterech ...
Filmweb Sp. z o. o. Sp. k.
Był taki moment mojego nastoletniego życia, kiedy w godzinach popołudniowych ulice wyludniały się, a wyciągnięcie kogokolwiek na podwórko graniczyło z cudem. Puszczane przez RTL7 pasmo anime nie tylko powodowało wypieki na twarzy u większości moich znajomych, ale też rozbudzało wyobraźnię do granic możliwości. Oddano nam zupełnie nową jakość animacji, jakże inną od tej, do której przyzwyczaiła nas Polonia 1. I tak "Tsubasa" i "Yattaman" musiały ustąpić "Rycerzom Zodiaku" ("Saint Seiya"), "Magicznym Wojownikom" ("Slayers") oraz przede wszystkim niemającej końca sadze o kosmicznych wojownikach raz po raz stawiających czoła największemu złu wszechświata. Mowa tu oczywiście o serii "Dragon Ball", której popularność zdaje się nie mieć końca, a której "Zetkowa" odsłona doczekała się właśnie kolejnej gry.

photo.title

Trudno rozpisywać się o fabule w sytuacji, gdy praktycznie każdy z minimalnie zainteresowanych tematem fanów marki wie, czego spodziewać się po "Dragon Ball Z: Kakarot". Na przestrzeni czterech rozbudowanych rozdziałów wcielimy się w największe tuzy sagi. Poprowadzimy ikonicznego Son Goku, jego syna Gohana, saiyańskiego konkurenta Vegetę oraz kilka innych postaci pobocznych. To oni złoją poślady najgorszym upierdliwcom tej części galaktyki – Friezerowi, Komórczakowi i Buu. Wszystko to w pięknym, fanowskim hołdzie przy akompaniamencie klasycznego "CHA-LA HEAD-CHA-LA" (tak, to jest kanoniczny opening, a nie wiercące mózg francuskie "Dragon Bal zet zet zet").

photo.title

Za realizację tej odsłony przygód Goku odpowiedzialne jest CyberConnect2 – studio, które erpegowego doświadczenia nabywało przy realizacji mało spopularyzowanych u nas gier z serii "hack", a bijatykowy sznyt ćwiczyło na grach spod znaku "Naruto Ultimate". Specyfika obu marek została ugnieciona niczym plastelina i uformowana w RPG-a, którego kwintesencją są widowiskowe starcia pełne teleportacji, miotanych kul energii i obowiązkowego krzyczenia nazw ataków (bo bez tego się nie liczy, prawda?).

Jeżeli źrenice rozszerzały się Wam na widok Genki Damy, Kamehameha jest Waszym ulubionym atakiem, a Masenko powoduje pojawienie się delikatnego uśmieszku, bez problemu odnajdziecie się w realiach tego świata. Początkowo arsenał dostępnych ciosów jest dość skromny, jednak z postępem w fabule zyskamy coraz potężniejsze moce zgodne z ich miejscem w kanonie. Nie ma tym samym możliwości, by Goku odpalił pierwszy stopień Super Saiyanina już przy walce z Raditzem. Starcia z przeciwnikami zawsze wyglądają spektakularnie, niezależnie od tego, czy walczymy ze zwykłymi mobkami, czy z tymi istotniejszymi przeciwnikami. Walka jest wyjątkowo płynna i dynamiczna. Niekończące się sekwencje ciosów, wymiany specjali oraz błyskawiczne uniki powodują, że praktycznie każda walka z bossem ma swój unikalny klimat. Wpływ na to ma też nierówna sztuczna inteligencja przeciwników. W jednych starciach daje się upokorzyć jak dziecko, któremu zabrano cukierka, w innych zaś błyskawicznie wgniata nas w ziemię, nie pozwalając na chwilę wytchnienia. Niestety unikalność znika przy przypadkowych starciach, które na początku mają jeszcze swój cel i przynoszą potrzebne doświadczenie, lecz w późniejszym czasie stają się tylko irytującym zapychaczem, bowiem to walki z bossami przynoszą tony expa, a pośledni adwersarze niezbędni są nam tylko wtedy, jeśli zamierzamy zapukać do drzwi ukrytego bossa.

photo.title

Akira Toriyama stworzył ogromny, bogaty i tętniący życiem świat. Z tym większą radością przywitałam fakt, jak wiele miejscówek znanych z mangi przerzucono do gry. Zajrzymy chociażby do Boskiego Pałacu, Żółwiej Chaty, przemierzymy pustkowia Gizard i odwiedzimy Satan City. Oczywiście, nie wszystkie z nich są dostępne od początku. Ten podzielony na sektory ekosystem ujrzymy w pełnym majestacie dopiero w okolicach Sagi Buu. Niestety, nie da się płynnie przechodzić między krainami, a każdą zmianę środowiskową uświetni wpierw długie wczytywanie. 

photo.title

Gra wyposażona jest w bogaty system side questów. Te, jak resztę elementów w "Dragon Ball Z: Kakarot", poznamy stopniowo i póki co, część z nich jest zablokowana dla konkretnej Sagi. Jeśli nie zdecydujemy się ich wykonać, przepadają one na amen. Aczkolwiek, Bandai Namco już zapowiedziało wprowadzenie możliwości powrotu do wydarzeń z przeszłości dzięki Aralce, postaci znanej z innej mangi Toriyamy. Same zadania poboczne nie powalają jakością. Ich zakres ogranicza się do typowych misji kurierskich albo obicia facjaty naprzykrzającego się przeciwnika. Zdarzają się tu jednak miłe smaczki, jak szukanie gazetek dla dorosłych Boskiego Miszcza albo rozkminy Gohana nad utraconym ogonkiem. Wspomożemy też postacie znane z dzieciństwa Goku – Androida Ósemka, Pilafa bądź Żurawiego Pustelnika i Kryminatora.

Gwoli ścisłości – polskie tłumaczenie oparte jest na oficjalnym polskim tłumaczeniu mangi, nie serii anime, więc nie zdziwcie się obecnością Szatana Piccolo zamiast Szatana Serduszko, Boskiego Miszcza zamiast Genialnego Żółwia, Kuririna zamiast Krilana itd. 

photo.title

"Dragon Ball Z: Kakarot" jest tym, na co czekali nie tylko fani marki, ale też takie osoby, jak ja, które pielęgnują ciepłe wspomnienia z wczesnej młodości, ale nie po drodze jest im z kolejnymi odsłonami mangi, animacji, czy też gier. Jednakże, pomimo początkowego entuzjazmu i huraoptymizmu szybko można tu odczuć znużenie i monotonię. Schematyczna budowa kolejnych rozdziałów, mało znaczące walki z przeciwnikami pobocznymi i dość uboga struktura świata, w którym głównie zajmujemy się zbieraniem jabłuszek, rybek i minerałów, sprawiły, że formuła najnowszej produkcji Bandai Namco powoli spala się i ulega wyczerpaniu. Zmarnowano również potencjał RPG, ograniczając go de facto do trenowania ciosów w zamian za specjalne monetki. Na całe szczęście do samego końca czuć ducha oryginału, a ewentualne wątpliwości można zawsze zakrzyczeć kolejną Kamehameha.
Czy uznajesz tę recenzję za pomocną? 80% uznało tę recenzję za pomocną (10 głosów).
Anna Rogala
ocenia tę grę na:
1 10 7/10 dobra