Echa utraconych światów

"Dragon Quest VII Reimagined" kontynuuje dobrą passę poprzednich remake’ów, będąc kolejnym udanym odświeżeniem klasyka. Tytuł zachwyca dioramową konstrukcją mikroświatów i angażuje za sprawą
Mam wrażenie, że gdyby nie zmieniające się za oknem pory roku, funkcjonowałabym w poczuciu, że wpadłam w pętlę, której kwintesencją jest bujanie się między kolejnymi odsłonami "Dragon Questów". Na przestrzeni ostatnich czterech lat uraczono nas aż pięcioma tytułami spod znaku smoczych przygód. Takiej regularności spodziewałabym się raczej po Gust niż Square Enix, ale najwyraźniej ci drudzy robią wszystko, żeby tylko nie zajmować się "Kingdom Hearts IV" czy wyczekiwanym przez wielu remakiem "Final Fantasy IX".



Jeszcze nie opadł kurz po premierze "Dragon Quest I-II HD-2D Remake", a Yuji Horii serwuje graczom kolejne pyszności w postaci "Dragon Quest VII Reimagined". Siódemka wydana pierwotnie na szaraka zachwycała rozmachem i objętością, stanowiąc jednocześnie postrach za sprawą batożenia graczy wysokim poziomem trudności. Wypuszczenie odpicowanej wersji tego klasyka było tylko kwestią czasu i choć gracze docenili wersję z 3DSa, to część z nich spoglądała z tęsknotą w stronę dużych konsol. Hexadrive stanęli na szczęście na wysokości zadania, przekładając kontrowersyjną swego czasu grę na mocno uwspółcześniony język.



Zanim zajmiemy się ratowaniem świata przed zakusami kolejnej reinkarnacji mrocznego lorda, zostaniemy skonfrontowani z trudami życia codziennego. Wywodzący się z małej, rybackiej wioski bohater raczej nie kontempluje losów wszechświata, a jego aktywności ograniczają się do łowienia ryb i pomniejszych psot z udziałem młodego księcia Kiefera. Sielanka szybko się kończy, gdy ta wesoła ekipa znajduje tajemniczą tabliczkę, a wszystko dookoła zdaje się wskazywać, że wbrew pozorom Estard nie jest ostatnim bastionem ludzkości. Bezmiar ocean ma zaskakująco dużo miejsca dla utraconych cywilizacji i jak to zwykle bywa, poskładanie tej historycznej układanki będzie spoczywało na naszych barkach.

Twórcy remake’u zapowiedzieli, że chcieli odchudzić oryginał, zbijając nieco liczbę godzin potrzebną na skończenie tego tytułu. I faktycznie, pozbycie się kilku nadprogramowych historii spowodowało, że choć gra nadal może przerażać rozmiarem, to nie mamy już poczucia wytracania przez nią tempa. Siłą "Dragon Quest VII Reimagined" jest powolne odkrywanie kawałków znacznie większej całości. Każdy obszar ma swoją unikalną historię, a ludy zamieszkujące wysepki spotykamy niemalże zawsze w przeddzień katastrofy skutkującej anihilacją cywilizacji i wymazaniem jej z annałów historii.



Światy te po raz kolejny rozpisywane są na planie ślicznych, szczegółowych dioram. Naturalnie komponuje się to z koncepcją mikroświatów i przydaje tym opowiastkom lekko teatralnego klimatu, gdy wszystkie wydarzenia rozgrywają się na dość ograniczonej przestrzeni. Nie znajdziemy tu żadnych rozpraszaczy, dzięki czemu skupiamy się tylko na głównym wątku. Te puzzle łączą się ze sobą zaskakująco dobrze, a kolejne elementy układanki prowadzą nas powolutku do wielkiego finału, którego stawką ponownie będzie życie już raz uratowanych przez nas ludów.

Muszę z przykrością przyznać, że pewnie lepiej wspominałabym przygodę z "Reimagined", gdyby prowadzona przeze mnie drużyna nie miała tak antypatycznego designu. Nie zrozumcie mnie źle, uwielbiam projekty Toriyamy, ale grałoby mi się zdecydowanie przyjemniej, gdyby bohaterowie nie mieli permanentnie poirytowanego wyrazu twarzy. Trudno też mi znaleźć w drużynie postać, której bym kibicowała. Tak naprawdę wyróżnia się tylko Maribel, a i tak tylko dlatego, że jest po prostu wredną i uprzykrzającą innym życie megalomanką.



Jeśli chodzi o mechaniki, to gra pozostaje wierna swoim korzeniom. Starcia ponownie rozgrywają się w systemie turowym. Warto podkreślić, że po raz kolejny mamy do czynienia z sytuacją, w której poziom trudności został znacząco obniżony, a zdolności regeneracyjne naszej drużyny uległy podkręceniu. Dzięki możliwości szybkiego zabijania przeciwników z poziomu głównej mapy, grind nie boli aż tak mocno, ale z czasem zaczynają pojawiać się pytania, czy przypadkiem nie odarło to gry z jakiegokolwiek wysiłku i wyzwania.

Na płynność ma też wpływ zmiana w znanym z oryginału systemie klas. Podczas, gdy wcześniej mogliśmy przypisać postaci jedną klasę, remake pozwala na posługiwanie się zdolnościami dwóch profesji. Prowadzi to do tworzenia przeróżnych kombinacji, gdzie władca bestii może zostać kapłanem, druidem, czy też rybakiem. Co istotne, w pewnym momencie nic już nie będzie nas ograniczać, a klasę zmienimy w dowolnym momencie bez konieczności udawania się do świątyni.



Z gry zniknęły też klasy związane z potworkami. Zamiast nich wyposażymy bohaterów w serca bestii, co pozwoli chociażby na unikanie ciosów krytycznych albo szybsze odnawianie się zdolności.



"Dragon Quest VII Reimagined" kontynuuje dobrą passę poprzednich remake’ów, będąc kolejnym udanym odświeżeniem klasyka. Tytuł zachwyca dioramową konstrukcją mikroświatów i angażuje za sprawą kameralnych, często tragicznych historii. Jednocześnie próbuje być bardziej przystępny niż oryginał, za sprawą drobnych, acz licznych usprawnień. Nie wszystkie ulepszenia wyszły tu jednak na dobre. Niższy, miejscami wręcz banalny poziom trudności i mało charyzmatyczna drużyna mogą pozostawiać pewien niedosyt. To jednak wciąż wyjątkowy jRPG, skierowany przede wszystkim do tych, którzy skłonni są cierpliwie chłonąć składającą się z wielu fragmentów, misternie budowaną opowieść.
1 10
Moja ocena:
8
Czy uznajesz tę recenzję za pomocną?