Czy kolejny remake "Star Foxa" z 1993 roku jest wystarczającym usprawiedliwieniem długiej nieobecności serii?
Lubimy konsumować kulturę ciągle od nowa, przypominać dawne smaki i porównywać siebie sprzed lat z obecnym obrazem. Wiadomo, że nowe odsłony serii, czy to filmów, czy gier, zawsze będą wypatrywane z niecierpliwością, ale też z pewną obawą. Czy nie lepiej poznać to samo jeszcze raz, ale w ładniejszych szatach, niż zawieść się na twórcach, którzy poświęcili wierność oryginałowi na rzecz własnej kreatywności?
Nintendo
Dlatego wielu mówi, że żyjemy w kulturze remake’ów, remasterów i rebootów. Nintendo nie zrezygnowało z tego trendu, dlatego akurat na wakacje wyjdzie przerobiony "Star Fox" z 1993 roku, a dokładnie, oparty na wersji na Nintendo 64. Mamy zatem do czynienia z remakiem remake’a. Takie czasy.
Chociaż tytuł jest jak na współczesne standardy raczej krótki, bo kampania trwa kilka godzin, nie uważam, by była to produkcja na jeden wieczór. "Star Fox" jest dość wymagającym kosmicznym shooterem, w którym wcielamy się w kapitana drużyny najemników, Foxa McClouda. Jego imię nie wzięło się znikąd, bo uniwersum zamieszkane jest przez różne zantropomorfizowane zwierzęta, tworzące kulturę łudząco podobną do naszej. W grupie Foxa znajdują się zatem żaba Slippy, królik Peppy i sokół Falco, wszyscy charakterni i całkiem sympatyczni.
Dzielni najemnicy pomagają generałowi Pepperowi w obronie systemu Lylat przed potężnym doktorem Andrussem. Owo zadanie jest dla głównego bohatera o tyle ważne, że wiąże się z osobistą wendettą – podczas jednej z walk z owym szalonym naukowcem zaginął ojciec Foxa.
To, co w prologu oryginalnej gry zostało opowiedziane za pomocą ściany tekstu, tutaj przedstawiono w atrakcyjnym przerywniku filmowym. Widzimy zatem okoliczności zaginięcia Jamesa McClouda i ponowny atak Andrussa na system Lylat. Zresztą, samych filmów jest w remake’u o wiele więcej niż w poprzedniej odsłonie i ukazują one nie tylko szczegóły misji, ale też scenki z życia drużyny Foxa.
Nintendo
Od początku wiemy, jaki jest nasz ostateczny cel – planeta Venom, na której znajduje się baza operacyjna doktora. Jednak droga, jaką do niej dotrzemy z punktu startowego, czyli Cornerii, może przyjąć różne formy (co również miało miejsce w wersji oryginalnej). Wiele zależy od tego, czy uda nam się zrealizować główne i poboczne cele misji. Ów zabieg bardzo sprzyja regrywalności, lecz nie jest to jedyny powód, dla którego warto sięgnąć po ten tytuł.
Przede wszystkim, mimo graficznego i dźwiękowego udoskonalenia gry czy uwspółcześnionego sterowania statkiem, widać, jak jest ona wierna oryginałowi. Wystarczy porównanie lokacji. Miejscami poziomy są wręcz identyczne, w tych samych miejscach znajdują się podobni przeciwnicy, podobna jest też długość etapów. Tak jak w wersji na Nintendo 64, obecne są dodatkowe cele, takie jak konieczność wsparcia sojusznika, któremu wrogie statki usiadły na ogonie. Dostajemy do dyspozycji tę samą broń: podstawowe działko laserowe, bomby oraz rakiety.
Nintendo
Co ważne, ów nowy i piękny "Star Fox" pozostaje tym samym szybkim, zwariowanym shooterem, który pokochało tak wielu z nas. Statek Foxa, Arwing, to zwinna maszyna, robiąca beczki i szybkie zwroty. Pojawia się też okazjonalnie czołg, opancerzony pojazd naziemny zwany Landmaster oraz łódź podwodna, Blue Marine.
Tytuł potrafi być dość wymagający, więc aby umożliwić początkującym graczom przygodę z Foxem, Nintendo wprowadziło trzy poziomy trudności: łatwy, średni oraz ekspercki. Pierwszy wiąże się z większą wytrzymałością poszycia statku oraz tarcz energetycznych.
"Star Fox" nie dostał zatem zwykłego liftingu, ale znacznie go rozbudowano. Gra umożliwia rozgrywkę do czterech osób za pomocą funkcji Game Share, czyli kiedy tylko jeden z użytkowników posiada grę na swoim koncie. A podłączona kamera przenosi reakcje twarzy gracza na jego wirtualnego awatara (co jest już doświadczeniem bardzo dziwnym).
Nintendo
Remake zawiera również tryb wyzwania, w którym rozgrywamy misje z kampanii, ale z dodatkowymi celami. Opcję ową możemy rozegrać na kilka sposobów: solo, w trybie lokalnym albo po sieci. Druga możliwość jest szczególnie interesująca, ponieważ umożliwia wykorzystanie kontrolera do Switcha jako myszki. Jeden z graczy steruje statkiem, podczas gdy drugi siada przed działkiem i jest odpowiedzialny za lasery oraz bomby. Muszę przyznać, że to doskonała, acz miejscami dość chaotyczna zabawa.
Ponadto istnieje jeszcze tryb walki w drużynach do czterech graczy, w którym zmierzą się ze sobą drużyny Foxa i jego adwersarza, najemnika Wolfa. Potyczki odbywają się na trzech dostępnych arenach i mają scenariusze polegające na dostarczaniu towarów, unikaniu meteorytów itd.
Nintendo
Zatem pojedyncze przejście kampanii to tak naprawdę dopiero początek zabawy z drużyną Foxa. Jeśli dodać do tego planety, które odkryjemy dopiero po osiągnięciu określonych celów misji, rozgrywka może się znacznie wydłużyć. To jednak wyzwania, niektóre dość trudne, są elementem gry, który zatrzyma nas na dłużej. Do zaliczenia kampanii fabularnej wystarczy tak naprawdę przetrwać. Wyzwania to zupełnie inna zabawa, do której trzeba umieć coś więcej, niż tylko sprawne poruszanie się statkiem i frenetyczne strzelanie do wszystkiego, co się rusza.
Nadal jednak pozostaje on remakiem. Nie poznamy w nim postaci z późniejszych części, nie odkryjemy dalszych losów systemu Lylat. To powrót do prehistorii, udany, ale czy wystarczy, by zaspokoić apetyty fanów? Wątpię. Na pewno nada się, by pokazać młodszym graczom, w co zagrywali się ich rodzice, wujkowie albo ciocie.